fot. materiały promocyjne

Kwiat Jabłoni: “Wolne serca” mogłyby być ICH trzecim albumem [recenzja]


26 lipca 2022

Obserwuj nas na instagramie:

Kwiat Jabłoni wydał płytę Wolne serca, która jest czymś więcej niż zwykłym albumem. Projekt spod skrzydeł Muzeum Powstania Warszawskiego nad podziw dobrze dopasował się do retoryki zespołu.

Kwiat Jabłoni – wszystko kwestią interpretacji

W swoim największym piku popularności znaleźli energię na projekt raczej niszowy, o wadze kulturowo-historycznej. Uszczypliwi powiedzą, że wszystko zgadza się z ich pielgrzymkowym repertuarem, fani będą zachwyceni dziesięcioma nowymi utworami (właściwie: nowymi wykonaniami) nagranymi wraz z gośćmi. Album z duetami rok po wydaniu drugiej płyty? Wspaniale.

Wolne serca to dziesięć piosenek, które definiują wolność i opisują ją w różnych aspektach. Na tym albumie się do niej tęskni, wspomina się ją, walczy się o nią, wzdycha się do niej. To koncept album zrealizowany w oparciu o słowo-klucz. Nie snuje on może jednolitej dla wszystkich opowieści, aczkolwiek sporo pozostawia za kurtyną niedopowiedzeń dla słuchacza, który zechce kawałki tej układanki złożyć w jedno. Za wolnością idą oczywiście w parze inne wartości, w tym również (albo raczej: przede wszystkim) nadzieja.

Album stanowi przegląd klasycznych polskich utworów, które powstały w szerokim przedziale czasowym, lecz odwołują się do jednego. Wolność to niezbywalne prawo, różnie postrzegane, niezmiennie jednak potrzebne. Kwiat Jabłoni nie musi o tym przypominać. Uwypuklenie uniwersalności wolności jest w tym przypadku po prostu echem aktualnych mniejszych i większych kryzysów.

Przeczytaj: Kwiat Jabłoni redefiniuje pojęcie syndromu drugiej płyty – wywiad

Kwiat Jabłoni wolne serca recenzja
fot. materiały promocyjne

Prawdziwa uczta (i sanah też tam była)

Pierwszy wniosek po przesłuchaniu Wolnych serc? Każdy utwór da się przearanżować tak, by dobrze brzmiał zagrany na fortepianie i mandolinie. Konkluzja jest całkiem prosta, Kwiat Jabłoni cudze piosenki przyjęli jak swoje, bez kulturowego backgroundu można by śmiało wziąć tę płytę za ich trzeci krążek, nagrany totalnie dla siebie. Brzmieniowo się zgadza, bo niesie się delikatność i nieco melancholii, acz niepozbawionej skoczności. Tekstowo również (abstrahując od indywidualizmu w tekściarskim sznycie), pula poruszanych tematów splata się z lekka filozoficznym tonem zespołu. Zostawili tam również nieco miejsca dla zaproszonych gości: z duetami bywa tak, że wyraźnie odznacza się granica między gospodarzem a artystą, który wpadł na featuring, wiadomo, kto jest kim. Zespół jednak dość sprawiedliwie podzielił się tworzeniem czy budowaniem klimatu, co moim zdaniem najwyraźniej słychać w utworze Jutro możemy być szczęśliwi, oryginalnie autorstwa Raz Dwa Trzy, na Wolnych sercach w wykonaniu Kasi Lins. Zostało to załatwione gładko, instrumentalnie. W zwyczajową łagodność rodzeństwa Sienkiewczów wkradł się mrok reprezentowany przez Kasię, podziałała partia dęta oraz wplecenie surowej gitary.

Kwiat Jabłoni, Kasia Lins – Jutro możemy być szczęśliwi, posłuchaj!

Dobór gości jest trafny w stosunku do wykonywanych przez nich utworów. Nie zabrakło akcentu rapowego, który przemycił Miuosh, dopisując własne zwrotki do Świateł Miasta. Jego słowa mocno osadzają w klimacie bezradności, którą jednak przenika nadzieja. Ważnym i przewijającym się przez album wątek jest również (oczywiście) też Warszawa, miasto powstańcze i… wolne. Stolica to kolejny element będący spoiwem albumu. Naturalnie można go odczytywać i bez tego kontekstu, lecz znajdujące się na nim utwory, prócz hołdu dla wolności, nagiej i oddartej z pozostałych aspektów, są również hołdem dla minionych wydarzeń, ulic oraz ludzi.

W utworze Warszawa, ja i ty, sanah brzmi jak kokietka i operuje silną wizualizacją ukochanego miasta. Jeśli już nie jesteśmy w nim zakochani, to zakochamy się w trymiga, choć jakieś pół wieku minęło od pierwszego wydania tego utworu. Most nad Wisłą pozostaje jednak silnym odniesieniem – tym z gatunku lubianych oraz ważnych, jak widać dla każdego, nawet po tych pięćdziesięciu latach.

Kwiat Jabłoni wolne serca recenzja
fot. materiały promocyjne

Wolne serca piszą się symbolicznie

Nawet jeśli niektóre z utworów, które trafiły na Wolne serca, są wręcz proste, spowija je aura symboliczności. Klus Mitroh śpiewany przez Igo, Płachta nieba zinterpretowane przez Jucho, czy Wolne Ptaki w wykonaniu Natalii Kukulskiej są jak nowe utwory, adekwatnie przystrojone do ówczesnych realiów. Sznyt Kwiatu Jabłoni jednocześnie je uwspółcześnił, co pozwoliło wybrzmieć w ich dawnym wymiarze: to, co zrobił zespół to nadpisanie znaczenia – nigdy jego zastąpienie.

Sam duet wykonał razem dwie piosenki: Nie, nie, nie (oryginał T.Love) oraz Mówię ci, że (tilt). O dziwo, ta druga i znaczniej mniej popularna, moim zdaniem okazała się dużo bardziej przekonująca. Więcej tam ich, więcej tam pary, może nawet i więcej wiary – a na niej w sumie ten cały album powinien się opierać.

Kwiat Jabłoni wolne serca recenzja
fot. materiały promocyjne

To nie będzie mój ulubiony album Kwiatu Jabłoni, lecz konsekwentność rodzeństwa Sienkiewiczów w obranej przez siebie muzycznej ścieżce jest ewidentna. Za wolność – we wszystkich obszarach twórczych.


Kwiat Jabłoni i goście – Wolne serca – odsłuch albumu

Kwiat Jabłoni wydał płytę Wolne serca, która jest czymś więcej niż zwykłym albumem. Projekt spod skrzydeł Muzeum Powstania Warszawskiego nad podziw dobrze dopasował się do retoryki zespołu. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: pierwsze kasety, dissy i nadejście Scyzoryka WROsound 2024. Zagrają m.in. Małpa, susk, Bisz […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →