mat. prasowe

Nowy Vega to śmiech na sali – dosłownie. Ale czy o to chodziło reżyserowi „Niewidzialnej wojny”? [opinia]


07 października 2022

Obserwuj nas na instagramie:

Poszedłem do kina na nowy film Patryka Vegi i nie żałuję ani minuty. Dawno nie byłem na tak dobrej polskiej komedii. Ale jeśli miałbym potraktować Niewidzialną wojnę tak, jak wymyślił ją sobie artysta, jawi się ona jako kompletna antyteza filmu autobiograficznego.

Możliwe, że zdążyłem w dosłownie ostatnim momencie. Dziś gruchnęła wiadomość, że Niewidzialna wojna okazała się totalną frekwencyjną porażką – sieć Cinema City z dnia na dzień usunęła większość seansów ze swojego repertuaru. Możliwe, że to dopiero początek całkowitego „wygaszania” filmu. Jak widać, ludzie nie chcieli płacić za film ukazujący „całą prawdę o najbardziej kontrowersyjnym reżyserze”, co odczułem też na swoim praktycznie pustym seansie. Szczególnie że w ostatnich dniach było ich multum – w każdym kinie po kilkanaście dziennie, prawie jakbyśmy mieli do czynienia z nowym Marvelem czy kolejnymi Listami do M. Patryka Vegę czeka więc zimny prysznic – tak, na pewno gdzieś istnieją amatorzy jego filmów, obojętnie czy traktujący je serio, czy z przymrużeniem oka, ale jeśli mają pójść na coś do kina, wybiorą bardziej satysfakcjonującą pozycję. I mniej niepewną. Bo filmy Patryka Vegi zazwyczaj są zaskoczeniem – choć jak się okazuje, także dla samego reżysera.

Czytaj też: Niewidzialna wojna Patryka Vegi znika z kin

– To będzie rozrywka, to będzie dramat czy to będzie też może kino akcji? – zapytał złapanego na ściance reżysera na premierze Niewidzialnej wojny jeden z dziennikarzy.
– To jest generalnie… dramat – odpowiedział Vega, a wideo poniosło się viralowo po całym internecie.

Jeśli ktoś widział powyższy klip, na pewno zauważył, że w charakterystycznym głosie Patryka Vegi słychać było rezygnację. Czyżby właśnie odkrył (być może po obejrzeniu filmu z widzami na premierze i obserwowaniu ich reakcji), że to, co umieścił na plakacie Niewidzialnej wojny, okazało się nieprawdą? Że życie wcale nie napisało najlepszego scenariusza? Tu nie chodzi nawet o to, że historia ukazana w Niewidzialnej wojnie jest niewiarygodna czy wyjątkowo szokująca – kluczowy jest sposób jej zaprezentowania.

Po kilku pierwszych scenach, które przedstawiły nam małego Patryka jako wielkiego miłośnika kina przesiadującego z dziadkiem na sali kinowej, myślałem, że na jakimś poziomie będzie można w przyszłości zestawić Niewidzialną wojnę z The Fabelmans. To nadchodzące autobiograficzne dzieło Stevena Spielberga, w którym ukazuje swoją miłość do kina i zdradza, jak został wielkim reżyserem. Wydaje mi się jednak, że to błędny trop – po 2 godzinach i 19 minutach (bo tyle trwa nowy film Vegi) wychodzi się z kina jak z filmu z serii Austin Powers. Dosłownie każda scena to komediowy gag i ciężko przestać się śmiać. Świetnie wypada na tym tle Rafał Zawierucha obsadzony w głównej roli – momentami naprawdę ma się wrażenie, że celowo sabotuje wysiłki reżysera i stara się, żeby kolejna scena była jeszcze śmieszniejsza.

Niewidzialna wojna Patryk Vega
mat. prasowe

Patryk Vega we wczesnej podstawówce, który wypożycza z biblioteki książkę Jak manipulować ludźmi. Potem testuje metody na matce, a ta atakuje go jajecznicą. Albo Patryk Vega ciut starszy, który mści się za zniewagę, przejmuje stołeczną giełdę gier komputerowych i wprowadza tam rządy żelaznej ręki. Czy wtedy, kiedy wymyśla bullet time długo przed Wachowskimi, a potem wkurza się, oglądając film Matrix („Zobacz mama, te ch… ukradły mój pomysł”). Poza tym wszystkie momenty, kiedy knuje, kombinuje, łamie prawo, diluje narkotykami, kradnie i wykorzystuje ludzi. W pewnym momencie zdradza nawet swojej biednej i wierzącej w niego bezgranicznie matce, że „jeśli w ciągu kolejnego roku nie osiągnie sukcesu, zostanie seryjnym mordercą”. Jest trochę jak literacki Koszmarny Karolek – przebiegły i okrutny, ale groteskowy i niedający się traktować poważnie.

Nie budzi szacunku i respektu nawet jako dorosły – wydaje się, że jego życie to nieustające pasmo porażek, choć pojawiający się od czasu do czasu na ekranie licznik „milionów, które do tego momentu zarobiły filmy Vegi”, wydaje się temu przeczyć. Kompletnie nie czujemy, że komuś tu się udaje, choć narracja typu „jesteś zwycięzcą” wylewa się z ekranu. Bon moty rzucane przez matkę, przyjaciół i samego głównego bohatera mogłyby spokojnie złożyć się na kolejną książkę coachingową. „Mam silną potrzebę afirmacji samego siebie” – mówi w jednej ze scen reżyser. To być może odważne stwierdzenie, ale taką zawziętość i kroczenie po trupach do celu, przeplatające się z motywem przegranego życia, widzieliśmy w kinie nie raz – i zazwyczaj były to opowieści o rodzących się psychopatach.

Niewidzialna wojna Patryk Vega
mat. prasowe

Czy poziom Niewidzialnej wojny, która ma szansę przejść do historii polskiego kina jako rodzime The Room, zaskakuje? Jeśli oglądaliście jego poprzednie filmy i znacie Uniwersum Patryka Vegi (dla porządku: UPV), będziecie na to gotowi. To po prostu kolejny krok reżysera, któremu finansowo się powiodło, ale nigdy tak naprawdę nie nauczył się dobrze robić filmów. A robi ich przecież więcej niż Woody Allen – czasem nawet po kilka rocznie. Jest w Niewidzialnej wojnie kluczowa scena, kiedy przyjaciel-ksiądz, powołując się na przypowieść o orle i kruku (można wysłuchać jej TU) udziela Vedze naprawdę mądrej rady: musisz zwolnić i stać się lepszy. Gdyby tylko jej posłuchał… Wtedy być może zastanowiłby się nad każdym filmowym projektem; nad scenami i dialogami – nie tylko na poziomie scenariusza, ale też podczas pracy na planie.

Niewidzialna wojna Patryk Vega
mat. prasowe

Niedoróbki widać gołym okiem, także w Niewidzialnej wojnie. „Patryk robi dubla tylko wtedy, kiedy aktor się wyp…….” – powiedział mi kiedyś znajomy z branży filmowej, który pracował na planie Vegi. W ten sposób nie da się zrobić filmu na poziomie – nawet przy gigantycznym budżecie i wykorzystaniu fragmentów innych filmów (w Niewidzialnej wojnie wstawione są sceny z m.in. 2001: Odysei kosmicznej, Ucieczki z Los Angeles, Gwiezdnych wojen czy Pulp Fiction). Zawsze będzie czuć amatorszczyznę. 30 punktów kulminacyjnych w jednym filmie, ucinane wątki, skakanie po scenach, przypadkowi aktorzy na drugim planie, kanciaste dialogi… Filmów Vegi nie da się oglądać inaczej niż jako kino totalnego absurdu – o ile oczywiście nie wywołują oburzenia z powodów poglądów religijno-społecznych twórcy. Niewidzialna wojna nie jest wyjątkiem – to po prostu bardzo słaby film i szkoda, że pieniądze wydane na niego nie przyczyniły się do powstania czegoś lepszego. Patryk Vega chciałby być Quentinem Tarantino – bezkompromisowym reżyserem-samoukiem, który kocha filmy. To w końcu od jednego z bohaterów Pulp Fiction „pożyczył sobie” swoje obecne nazwisko. Żeby jednak robić filmy, trzeba mieć w sobie trochę pokory i nie myśleć o sobie w kategoriach nadczłowieka. Bo w Hollywood, do którego rzekomo wybiera się teraz Vega (Niewidzialna wojna to podobno jego ostatni polski film), nie pomogą żadne pieniądze świata, jeśli nie ma się za grosz talentu.

Poszedłem do kina na nowy film Patryka Vegi i nie żałuję ani minuty. Dawno nie byłem na tak dobrej polskiej komedii. Ale jeśli miałbym potraktować Niewidzialną wojnę tak, jak wymyślił ją sobie artysta, jawi się ona jako kompletna antyteza filmu autobiograficznego. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →