kadr z filmu „Szeregowiec Ryan”

Te filmy wyprzedziły swoje czasy. Od lat wszyscy się na nich wzorują

Brak zdjęcia autora wpisu

14 listopada 2022

Podziel się newsem:

Raz na jakiś czas trafi się film w stylu game-changer, który zmienia w branży dosłownie wszystko. Od tego momentu tworzy się nowa jakość i nic już nie jest takie samo.

Przez ostatnie 25 lat kino przeszło prawdziwą rewolucję, a proces tych zmian zapoczątkowały konkretne tytuły, za których przykładem ruszyli wszyscy. Prezentujemy siedem filmów, które były (i nadal są) absolutnym punktem odniesienia dla całej branży – bez nich nie byłoby pewnie tego, co od lat króluje na dużym ekranie.

Szeregowiec Ryan (1998), reż. Steven Spielberg

Desant na plaży Omaha i wszystko staje się jasne. To jedna z najbardziej epickich i intensywnych scen batalistycznych w historii. 15 dni zdjęciowych, 1500 statystów, setki litrów sztucznej krwi, armia speców od efektów i specjalny obóz treningowy, który musiała przejść obsada. Filmowe D-Day było przedsięwzięciem zakrojonym na szeroką i kosztowną skalę, a zarazem jest to podręcznikowy przykład tego, czym może stać się kino wojenne: imponującym spektaklem, ale jednocześnie przerażającym obrazem pola bitwy. Bez wątpienia Szeregowiec Ryan wyznaczył kurs na lata, zmienił postrzeganie i sposób portretowania grozy wojny na ekranie. Niektórzy twierdzą, że DNA tego filmu można znaleźć w praktycznie każdej późniejszej produkcji wojennej. Wymienić warto choćby seriale Kompania braci i Pacyfik, dylogię Sztandar chwały i Listy z Iwo Jimy Eastwooda, włączając w to serię gier Medal of Honor (z naciskiem na Allied Assault), a nawet nolanowską Dunkierkę. Czy Na zachodzie bez zmian w obecnym kształcie to dalekie echo filmu Spielberga? Odpowiedzcie sobie sami.

Matrix (1999), reż. Lana i Lilly Wachowski

Przełom wieków należał do jednego tytułu – zaczęły wręcz pojawiać się głosy, że istnieje kino „przed” i „po” Matriksie. Można się z tym stwierdzeniem zgodzić lub nie, ale nie da się zaprzeczyć, że film sióstr Wachowskich na zawsze zmienił reguły gry w kinie. Na poziomie treści była to rzecz, która wprowadziła masowego widza w tematy związane choćby z życiem w rzeczywistości wirtualnej. Jeśli wziąć pod uwagę, jak ten film prezentował się na ekranie w roku 1999, to mówimy tu o totalnym przełomie. Na początek weźmy kultowy bullet time, który to właśnie dopiero dzięki Matriksowi zagościł w kinie na dobre – i nie tylko tam, bo chwyt ze spowolnieniem czasu stał się podstawą rozgrywki w serii gier Max Payne. Oprócz tego przełomowa była choreografia opracowana przez Yuena Woo-pinga, efekty specjalne, a mówiąc ogólnie: wizualna oprawa filmu. W skrócie można stwierdzić, że Matrix wymyślił na nowo współczesny blockbuster i zapoczątkował boom na uniwersa superbohaterskie.

Władca Pierścieni: Drużyna pierścienia (2001), reż. Peter Jackson

Kino fantasy przed trylogią Petera Jacksona? Hmm… Conan Barbarzyńca, Niekończąca się opowieść, Willow, Ostatni smok – umówmy się, przeskok, którego doświadczyliśmy za sprawą Władcy Pierścieni, był kolosalny i to nie tylko w obrębie filmowego fantasy. Po pierwsze, umowne efekty specjalne zastąpiły efekty z prawdziwego zdarzenia. LoTR dał początek erze motion capture. Na jego potrzebę powstał też program komputerowy Massive, który umożliwił renderowanie wielkich armii w epickich scenach bitewnych (potem chętnie korzystali z tego twórcy Gry o tron i Avengersów). Do tego jeszcze jedna, może mniej oczywista sprawa – zwróćmy uwagę, że Jackson wcześniej był znany jedynie z tanich, B-klasowych horrorów (Martwica mózgu). Dziś mówi się, że przekazanie w jego ręce produkcji z wielomilionowym budżetem przetarło szlak i otworzyło wielkie filmowe franczyzy na niezależne reżyserki i reżyserów pokroju Chloé Zhao, Matta Reevesa, Jamesa Gunna czy Colina Trevorrowa.

Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001), reż. Chris Columbus

Literacki pierwowzór sam w sobie był fenomenem – miał niebagatelny wpływ na wzrost czytelnictwa (w końcu nikt nie chciał być mugolem!), w ślad za tym boomem poszły inne serie młodzieżowe. Nie inaczej było w przypadku adaptacji, które można uznać za początek nowej formy wysokobudżetowego kina dla młodych. Filmy na podstawie powieści J. K. Rowling uruchomiły lawinę – zaczęło się gdzieś w okolicach Opowieści z Narni, ale prawdziwy przełom to sagi Zmierzch i Igrzyska śmierci, które podbiły światowy box-office. Poza tym seria filmów o Harrym Potterze zapoczątkowała ciekawe zjawisko – dziecięcy aktorzy z filmu na film zmieniali się na oczach całego świata. Z dzieciaków stawali się bożyszczami publiczności, a partnerujący im dorośli przeżywali swoją drugą młodość. To dorastanie na ekranie i odkurzanie nieco zapomnianych nazwisk sprzed lat jest procesem, który trwa nadal – spójrzcie tylko na obsadę Stranger Things – hajp na Millie Bobby Brown, powrót Winony Ryder. Śmiem twierdzić, że znajdziemy w tym dalekie echa potteromanii.

Tożsamość Bourne’a (2002), reż. Doug Liman

Kiedyś filmowy agent nosił garnitury i smokingi, jeździł Astonem Martinem, pił martini wstrząśnięte, niezmieszane. James Bond z czasem sam przeszedł przemianę – choć zanim to nastąpiło, pojawił się Jason Bourne, a model kina szpiegowskiego (czy ogólnie sensacyjnego) wywrócił się do góry nogami. Tożsamość Bourne’a trafiła do kin w tym samym roku co Śmierć nadejdzie jutro i różnica okazała się kolosalna. Agent 007 – ze swoimi supergadżetami – był ekscesem i romantyczną fantazją. W przypadku Bourne’a mieliśmy do czynienia z mrożącym krew w żyłach portretem człowieka bez pamięci, który przypomina sobie jedynie, że w przeszłości był mordercą. Potrafił zabić zwiniętą w rulon gazetą lub ręcznikiem, potrafił udusić gołymi rękami. Twórcy poszli zatem w realizm, widać to doskonale na poziomie realizacji – kamera ciągle drżała, dygotała, montaż był rwany. Te wszystkie gatunkowe rewolucje wywarły wpływ na całą konkurencję. Producenci nowych Bondów z Danielem Craigiem nie kryli, że musieli iść z duchem czasów i oglądać się na serię o Bournie.

Szybcy i wściekli (2001), reż. Rob Cohen

Kino szpiegowskie z poważną twarzą Matta Damona to jedno, ale umówmy się, że potrzebujemy, by na przeciwnym biegunie znalazł się przepych, kicz i odmóżdżenie. Szybcy i wściekli na początku wieku startowali jako film o nielegalnych wyścigach ulicznych. Potem zamienili się w gigantyczną franczyzę i totalnie oderwali się od ziemi – poziom absurdu rósł z filmu na film, twórcy odkrywali przed nami nowe prawa fizyki, a samochody zmieniły się w monstrualnie podrasowane i niemal niezniszczalne maszyny. Można się śmiać i wkładać Szybkich i wściekłych między memy, niemniej wpływ tej serii jest nie do przecenienia. To ona wniosła bowiem do kina nowy rodzaj myślenia o wysokobudżetowej rozrywce.

Coś za mną chodzi (2014), reż. David Robert Mitchell

Horror przeżywa w ostatnich latach renesans, ale przechodzi też mocny lifting. Początek wieku to zalew remake’ów, prequeli i sequeli. Światełkiem w tunelu była moda na horrory stylizowane na found footage (Paranormal Activity). Dzisiaj gatunek jest w innym miejscu, żyjemy już w erze tzw. post horrorów Jordana Peele’a, Ariego Astera i Roberta Eggersa. Od kogo się zaczęło, trudno powiedzieć, ale jednym z pierwszych zwiastunów tego, że idzie nowe, musiało być Coś za mną chodzi Davida Roberta Mitchella. Niby wszystko było na swoim miejscu – klątwa ciążąca na bohaterach i figura prześladowcy to chwyty ograne – ale zarazem film nosił w sobie pewien intelektualny naddatek i szereg zakodowanych haseł. Na przykład: dało się go czytać jako aluzję epidemii AIDS, ale też metaforę zyskiwania samoświadomości własnego ciała i lęku przed dorosłością. Za przykładem poszli inni, a horror zaczął coraz śmielej stawiać pytania dotykające problemu rasizmu, kryzysu rodziny, klasowych przepaści czy nierówności płci. Jakby nie patrzeć, to najstraszniejsze „potwory” naszych czasów.

Raz na jakiś czas trafi się film w stylu game-changer, który zmienia w branży dosłownie wszystko. Od tego momentu tworzy się nowa jakość i nic już nie jest takie samo. Zobacz także Jeffrey Dahmer: 5 piosenek, w których wspomniano seryjnego mordercę TVP miało propozycję wyprodukowania „Wiedźmina”, zanim projekt trafił do Netflixa Christian Bale: Jeśli dostajesz […]

Wiemy, gdzie są najlepsze koncerty. Sprawdź!

Biletomat.pl
20 PLN
Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →