fot. Piotr Porębski

„Czasami nie wytrzymuję psychicznie tego, co widzę w otaczającym świecie” – wywiad z Sarsą

Obserwuj nas na instagramie:

Runostany to muzyczna rewolta Sarsy – wykaz dojrzałości artystycznej, ale też platforma do ujścia najbardziej ludzkich i przyziemnych refleksji, o których artystka niezwykle szczerze opowiedziała w naszej rozmowie.

Runostany – muzyczne przeobrażenie Sarsy

Do tej pory kojarzona raczej z mainstreamem, Sarsa wkracza dziś w świat alternatywy i robi to tak, jakby od zawsze w nim była. O swoim najnowszym albumie Runostany sama mówi, że jest refleksyjny. Dodałabym do tego „ważny” i „niezwykle aktualny”.

Ważna i aktualna bardziej niż się tego spodziewałyśmy, okazała się również nasza rozmowa. Choć przeprowadziłyśmy ją kilka tygodni temu, tło ostatnich wydarzeń na świecie sprawia, że stała się ona idealnym komentarzem do tego, co nas dziś otacza, choć wolałabym, żeby wcale tak nie było…

Bądź na bieżąco: Sprawdź najnowsze newsy o Sarsie

Sarsa Przyspieszam
Sarsa, fot. Piotr Porębski

Powrót do korzeni, czyli w stronę serca

Zauważam ostatnio wiele zaskakujących powrotów, w ramach których ktoś znany z radia i bardziej przebojowych rzeczy, wraca z totalną rewoltą brzmieniową, często bardziej alternatywną niż popową. Myślę, że Runostany też wpisują w ten nurt, choć w Twoim przypadku to chyba nie do końca rewolta a bardziej powrót do korzeni.

Sarsa: To chyba nie tylko kwestia branży artystycznej, bo ludzie w ogóle zwracają się coraz częściej i coraz odważniej w stronę swojego serca i swoich prawdziwych potrzeb. Myślę, że okoliczności życia społecznego i to, co dotknęło nas w ostatnich latach sprawiło, że zaczynamy bardziej myśleć o sobie i o tym, czego pragniemy. Zaczynamy wychodzić z utartych schematów i chętniej wkraczamy na boczne ścieżki. W moim przypadku to przejawia się w najbardziej oczywisty sposób, czyli w twórczości: w tym, że nabrałam odwagi, by wyrazić się w stu procentach, w takim brzmieniu, w jakim bym chciała i w trakcie pracy nad tą płytą nie szłam na żadne kompromisy. Masz rację, że to jest mój powrót do korzeni, co tylko potwierdza fakt, że poszłam za głosem serca. Bo czym są korzenie? Korzenie są tym, co jest dla nas najbardziej naturalne. Kiedy jesteśmy jeszcze dziećmi i widzimy świat w sposób naiwny i niewinny, to mamy w sobie odwagę, by żyć po swojemu. Potem dzieją się różne rzeczy, które potrafią wytrącić nas z tej ścieżki, na której słuchamy swojego wewnętrznego głosu. Co prawda nie wiem, czy ja faktycznie zostałam z tej ścieżki wytrącona, czy poszłam w złą stronę – raczej nie rozkminiam swojej kariery w tych kategoriach. W zasadzie to ze wszystkiego, co się wydarzyło, jestem zadowolona, bo gdyby nie było tamtego, dzisiaj nie byłoby tego. Kiedyś, na jednym z wykładów usłyszałam, że ten, kto odchodzi, już nigdy nie wraca jako ta sama osoba. W moim przypadku to było zniknięcie na ponad dwa lata z rynku muzycznego, więc siłą rzeczy musiałam wrócić inna, bo w moim życiu prywatnym wydarzyło się w tym czasie dużo rzeczy, chociażby to, że zostałam mamą. Noszenie we własnym ciele innego człowieka, który właśnie się rozwija, było dla mnie wielkim wydarzeniem i cudem. Mój synek dał mi dodatkowy przypływ odwagi, żebym robiła w życiu to, czego pragnę. Jednak dwa serca bijące w ciele to jeszcze większa siła niż jedno. Taką formą przypominającą mi też trochę o moich muzycznych korzeniach są „Parillove czwartki”, czyli mój autorski cykl w mediach społecznościowych. W ramach niego gram covery utworów, które mnie ukształtowały i z pewnością miały też wpływ na brzmienie albumu Runostany. Kto wie… może kiedyś to moje parillove granie doczeka się formy koncertowej.

Na socjologii się totalnie nie znam, ale nawet obserwując tylko rynek muzyczny można wywnioskować, że strach, który każdy z nas odczuł podczas pandemii, uzmysłowił nam, jak bardzo wszystko jest ulotne, w zawiązku z czym warto podążać za tym, co mamy w sercach.

Sarsa: Tak, ewidentnie ze wszystkich złych rzeczy, które dzieją się na świecie, wynika takie dobro, że robimy to, co czujemy w sercach i – co ważniejsze – zaczynamy jeszcze bardziej myśleć własnymi mózgami. Pomimo że w wymiarze społecznym czy duchowym wszyscy jesteśmy połączeni częścią tworzącą całość, to jednak jesteśmy przede wszystkim indywidualistami i w tym indywidualizmie dochodzimy do różnych wniosków i przeobrażeń. Ja doszłam do albumu Runostany – to jest moje przeobrażenie.

Muzyka zawsze była dla mnie narzędziem do rozwoju osobistego

Skoro wcześniej działałaś na takich płaszczyznach jak poezja śpiewana, alternatywa, czy rock i teraz do tego wracasz, to domyślam się, że to nie zniknęło, tylko przez cały ten czas gdzieś tam w Tobie rezonowało. W takim wypadku skąd u Ciebie ten pop? Patrząc na Twoją silną osobowość, nie chce mi się wierzyć, żebyś pozwoliła o sobie decydować wytwórni.

Sarsa: To jest ciekawe dla mnie samej, chociaż chyba znam odpowiedź na to pytanie. Faktycznie, jestem odpowiedzialna za wszystkie decyzje i kierunki, jakie obieram w swoim rozwoju zawodowym. Nikt nigdy nie był nawet w stanie mi tego narzucić – to by się mogło źle skończyć dla tej drugiej strony. Nie wiem, z czego to wynika… Być może jestem uzależniona od wyrzutów adrenaliny, a to wyniosłam z domu. Jeśli masz tak ustawioną gospodarkę hormonalną, to gdy robi się za wygodnie myślisz, jak tu zrobić jakiś gnój. Kiedy wydawało mi się, że byłam już bardzo spełniona w zespołach Fluktua, TakLoopnie czy w swoim autorskim projekcie Sarsa Parilla, zaczęłam szukać kolejnych wyzwań. Zawsze szukam takiego bodźca, który strąci mnie z tej górki, na której jestem, znowu sturlam się na dół i będę się wdrapywać od początku. Tak samo było, kiedy zadebiutowałam jako Sarsa i odniosłam dużo mainstreamowych sukcesów. Jestem z nich ogromnie dumna i cieszę się, że otrzymałam tyle nagród od fanów kupujących moje płyty czy bilety na koncerty, ale znów zaczęłam wieść wygodne życie, a kiedy jest tak wygodnie, to przestajesz się rozwijać. Jedynym sposobem, żebym znów mogła rzucić sobie samej rękawicę, było zeskoczenie z tej górki na główkę, więc teraz przez kolejne lata będę się znów wdrapać do punktu, w którym uznam, że w tym rozdziale zrobiłam już wszystko. Nigdy nie wiem, co będzie dla mnie tym sukcesem, czasami to może być jakiś duży koncert, który zaspokoi to moje ego, czasami jest to diamentowa płyta… Nie wiem też, co będzie potem. Na pewno nadal najważniejszy w tym wszystkim będzie rozwój, bo muzyka zawsze była dla mnie tylko i wyłącznie narzędziem do rozwoju osobistego. Poprzez muzykę poznaję siebie, dowiaduję się o sobie nowych rzeczy, ale też komunikuję się ze światem i z innymi ludźmi, Nie jestem więc w stanie zostać na całe życie w jednym artystycznym miejscu, jakim byłby na przykład mainstream i łatwe, przyjemne piosenki, które lecą w radiu. Być może kiedyś do tego wrócę, ale nie jestem z tych ludzi, którzy zostają tam, gdzie jest super.

A nie powiedzieli Ci w wytwórni, że to jest zbyt skomplikowane? Że po tak przebojowych strzałach ten album po prostu nie przejdzie?

Sarsa: Wiesz, zawsze są jakieś przygody… (chwila zawahania) Natomiast te najbardziej pikantne historie odnośnie tego, co działo się, zanim album Runostany ujrzał światło dzienne, chciałabym zostawić na inny moment. Czuję, że to jeszcze nie ten czas.

W jednym z ostatnich wywiadów wspomniałaś, że ten album przeleżał rok, bo czekał na odpowiednich ludzi, którzy w niego uwierzą.

Sarsa: Słusznie dedukujesz, ale na razie właśnie tyle powinno zostać powiedziane.

Runostany bez cukru

Jaki był odbiór singli zapowiadających Runostany? Twoi fani dojrzeli do tej płyty razem z Tobą, czy raczej zaobserwowałaś spore pregrupowania i fakt, że docierasz do zupełnie nowego audytorium?

Sarsa: Przy tak mocnej wolcie nie mogło obejść się bez roszad. Zdaję sobie sprawę, że ten materiał nie jest dla każdego. Runostany to album refleksyjny i pewnie nie bez powodu utwory na ten moment nie lecą w mainstreamowych radiostacjach, w których miałam przyjemność być grana wcześniej. Tutaj jest jednak za dużo emocji, które skłaniają do tego, by zatrzymać się na chwilę i zastanowić co nam to daje – czy coś czujemy, czy wywołuje jakieś refleksje. Faktycznie, obserwuję, że ta publiczność się rozszerza, natomiast pięknym przejawem tego, jak zmieniamy się jako ludzie jest fakt, że nawet jeżeli komuś się coś nie podoba albo jest fanem moich poprzednich płyt, to wyraża to bardzo kulturalnie – tak, że w żaden sposób nie jest w stanie mnie urazić, wręcz przeciwnie – często wychodzi z tego fajny dialog. Ostatnio ktoś napisał, że woli moją twórczość z poprzedniej płyty, ale jest ciekawy tego albumu, więc przesłucha go i da znać. To jest super, bo gusta są oczywiście różne, a ten album nie musi rezonować z każdym człowiekiem na planecie, to wręcz niemożliwe. Odpukać, nie obserwuję u siebie żadnego hejtu, raczej właśnie ciekawość, co jest niezwykle budujące, więc mimo wszystko powiedziałabym, że publiczność dojrzewa razem ze mną. Jednak między pierwszą a czwartą płytą upłynęło sporo czasu, a fani z początków są już na studiach, więc też potrzebują już czegoś innego. Myślę, że w myśl teorii, że podobne rezonuje z podobnym, zawsze znajdzie się grupa, która będzie przy mnie.

Sarsa Mówiła niszcz
Sarsa, fot. Piotr Porębski

Jest jeden błąd, który Twoi fani mogą popełnić przy tym albumie. Ja na przykład słuchałam go ostatnio podczas zakupów i o ile muzycznie wszystko mi siedziało, nawet doszukałam się kilku przebojowych momentów, to jednak na koniec absolutnie nie wiedziałam, o czym jest ta płyta. Wychodzi na to, że jest to album, któremu trzeba poświęcić trochę uwagi i absolutnie nie powinno się go słuchać w tle. Myślę, że to jest też mocno związane z Twoim stylem pisania. Zawsze miałaś teksty pełne metafor, ale tutaj jest naprawdę intrygująco.

Sarsa: Racja, w warstwie tekstowej to jedno się nie zmieniło – nadal bardzo lubię metafory, szyfry i taki sposób wyrażania siebie, który daje dużo możliwości interpretowania i odczuwania tego przez odbiorców. Dałaś mi teraz do myślenia, abym przeanalizowała swój proces tworzenia tekstu. To trochę na tej zasadzie, jak posługujesz się językiem polskim i nagle jakiś obcokrajowiec zaczyna ci tłumaczyć, jakie są zasady w tym języku. Najczęściej ich nie znamy, bo są dla nas naturalne, ale dopiero wtedy zaczynasz rozumieć, jak trudny jest twój język.

Przy poprzednich płytach najpierw tworzyłam muzykę i dopiero do niej starałam się stworzyć taki tekst, żeby to wszystko płynęło jak na fali. Przy Runostanach muzyka i słowa były na początku dwoma odrębnie istniejącymi bytami. Tworzyłam je osobno, bo każdemu chciałam dać tyle samo ważności. Okazało się, że finalnie to zaczęło mieć znamiona pewnej poetyckości. Kiedy zaczęłam nagrywać piosenki na ten album, przypomniały mi się czasy, gdy startowałam w konkursach poezji śpiewanej i poczułam podobny vibe. Wtedy zrozumiałam, dlaczego ten album nie jest taki łatwy w odbiorze – bo odbiorca ma aż dwa aspekty do ogarnięcia – jeden to aranżacja i brzmienie, a drugi to tekst, który na pozór idzie osobno, a jednak ostatecznie wszystko jest złączone moim głosem. Jedyną moją intencją, podczas tworzenia tych tekstów, było całkowite odarcie ich z lukru. Napisałam je po prostu tak, jak czułam w danym momencie. Do czterech z nich zaprosiłam też Jacka „Budynia” Sienkiewicza z jednego z moich ulubionych zespołów młodości – Pogodno. To pierwsza osoba, którą wpuściłam do tego intymnego świata, jakim jest warstwa tekstowa moich piosenek i czułam, że jeśli ktoś taki miałby się w niej pojawić, to tylko on. Zawsze podobała mi się jego wrażliwość, chodziłam na ich koncerty i totalnie jarałam się tym jak i co „Budyń” śpiewa.

Szczerze mówiąc, kiedyś chciałabym nie mówić nic i nie tłumaczyć płyty, bo mam wrażenie, że ten album wypowiada się w moim imieniu dokładnie tak, jak bym chciała. Potem tylko psuję ten przekaz. (śmiech)

„Nie muszę mieć planu jak zmienić świat. Ważne, że mam taką intencję”

Do tej pory w kwestiach polityczno-społecznych niekoniecznie chciałaś stawiać się, po którejś ze stron. Mam jednak wrażenie, że na tym albumie w końcu dałaś upust swojemu wkurwieniu na to, co dzieje się wokół. Może nie dosłownie, ale między wierszami da się sporo wyczytać.

Sarsa: To dobrze, taki był zamysł.

Szczególnie zaintrygował mnie pod tym kątem Tramwaj nr 9. W dużym uproszczeniu – śpiewasz tam, że nie chcesz wiedzieć, co się dzieje na świecie. Domyślam się, że chodzi o zachowanie osobistego komfortu psychicznego, co absolutnie rozumiem, bo sama jestem po tej stronie, że wyłączam telewizor, żeby spokojniej żyć. Nie boisz się jednak, że takie publiczne wyznanie wzbudzi dyskusję, w której możesz zostać posądzona o ignorancję?

Sarsa: To jest posrane, bo z jednej strony jestem osobą publiczną i za tym idzie pewna odpowiedzialność za ludzi, dla których to, co mówię, ma znaczenie. Z drugiej strony jestem też człowiekiem, który ma jakąś konstrukcję psychiczną i jakąś emocjonalność. Ta objawia się tym, że czasami po prostu nie wytrzymuje psychicznie tego, co widzę w otaczającym świecie. Nie potrafię walczyć, bo to kłóci się z moją filozofią życiową, z drugiej strony mam w sobie poczucie, że należy stawać w obronie drugiego człowieka – tu już jest pierwsze starcie, już jest chujowo. Kolejny konflikt – z jednej strony jestem osobą publiczną i wiem, że są ludzie, którzy słuchają tego, co mówię, więc mogę sprowokować jakąś zmianę, z drugiej nie robię tego, bo nie chcę powodować kolejnych podziałów, których i tak już jest za dużo. Tych sprzeczności jest w moim sercu tak dużo, że miałam takie momenty, w których to było naprawdę ciężkie i było mi wewnętrznie bardzo źle. Nie ukrywam, że dla mnie ważne jest to, co inni mówią i myślą na mój temat. Dla każdego to jest ważne, bo wszyscy chcielibyśmy żyć w atmosferze, gdzie jeden wspiera drugiego, nie oceniamy się, akceptujemy – tak powinno być i liczę na to, że świat idzie w tę stronę. W każdym razie nie chciałabym, żeby ktoś myślał, że jestem ignorantką, że mam na coś wysrane. Ja właśnie tak bardzo nie mam wysrane, że musiałam odciąć się na ponad dwa lata, żeby powiedzieć sobie „stop”, bo wybuchła mi bania. Czułam, że muszę zrobić coś innego, bo zaraz zwariuje. W tej „dziewiątce” śpiewam, że nie chcę patrzeć na to, co jest wokół, nie chcę w ogóle nic o tym wiedzieć, bo co mi to, kurwa, daje oprócz tego, że jestem rozwalona psychicznie, a i tak nie mogę nic z tym zrobić… Dopiero po jakimś czasie, długo po tym jak nagrałam ten utwór, dotarło do mnie, że nie muszę mieć żadnego planu jak zmienić świat. Ważne jest, że mam taką intencję, że bardzo chciałabym być malutką iskierką, która może będzie zapalnikiem dla efektu motyla, który doprowadzi do zmiany czegoś na lepsze. Żałuję, że nie nagrałam jeszcze o tym piosenki, bo byłaby taką wisienką na tym albumie, ale dotarło to do mnie, jak płyta była już nagrana, więc Runostany są o frustracji, o tej pierwszej fazie mojego rozdarcia. Gdy to wszystko z siebie wyrzuciłam i zrobiłam głęboki oddech, naturalnie otworzyłam się na rozwiązania tych problemów, którym są właśnie te intencje. Nie wiem, jak pogodzić stronę ze stroną, ale bardzo bym tego chciała. Mam nadzieję, że świat w swojej zajebistej energii zadziała tak, że będę tym malutkim bodźcem, który być może dołoży choćby kropelkę do fali zmian.

„Nie chcę, kur*a, z nikim walczyć”

Znam to. Odwieczna walka między spalaniem się dla ogółu, mimo że w zasadzie jedyne, nad czym masz kontrolę to Twoje własne życie, a świadomością, że gdyby każdy miał takie podejście, to w październiku na strajku kobiet, czy przy jakiejkolwiek innej okazji, nikt nie wyszedłby na ulice.

Sarsa: To doprowadza do pewnej niekonsekwencji w ostatnich trzech latach mojego życia. Raz poszłam na strajk, raz nie poszłam, raz myślę: „dobra, jedziemy z tym”, za chwilę mówię sobie: „STOP, przecież to jest upodabnianie się do tej drugiej strony, nie chcę być tego częścią”. Walka w ogóle nie jest słowem, które powinno być na naszych ustach, kiedy chcemy coś zmienić. Ja nie chcę, kurwa, z nikim walczyć. Musi być przecież jakaś inna droga i szukam tego obejścia, którym na ten moment jest chociażby płyta Runostany czy właśnie takie rozmowy jak ta z Tobą. Ktoś może powiedzieć, że to jest jakaś utopijna wizja zmiany, ale tak sobie właśnie pomyślałam, że gdyby każdy odbył taką rozmowę jak my teraz, to może nikt nie chciałby walczyć, bo okazałoby się, że to nie jest potrzebne, że wszystko można załatwić rozmową. Chodzi o to, że gdy ktoś ma jakiś pomysł, który w społecznym wymiarze jest zły, to przecież nie jest w stanie zrealizować tego sam, tylko potrzebuje do tego całej masy ludzi, więc gdyby wszyscy ludzie się dogadali, wszystkie strony powiedziałyby sobie, że są już zmęczone i spróbowałyby obejść temat, żeby nie walczyć – nie wiem jak, ale wierzę, że przyjdzie takie rozwiązanie – to nagle ten, kto miał tę chujową ideę, zostanie z nią sam. I co, wyjdzie sam na ulicę?

Też się czasem zastanawiam, jak w ogóle może dochodzić do wojen. Znając konsekwencje takich sytuacji z przeszłości i wiedząc, jak ogromne straty przynosi wojna – jakim cudem ktoś jest w stanie poprzeć tak nieracjonalną ideę…

Sarsa: Wydaje mi się, że czasami mamy po prostu mało czasu i energii, by naprawdę uwierzyć sobie i temu, że to, co czujemy w sercu, jest już najprawdziwszą prawdą i można za tym iść. Ale wierzę, że to się zmieni, bo tak jak mówisz – przecież na wojnie giną ludzie, którzy mają rodziny i tak dalej. Jeśli więc masz w sercu to, że chcesz żyć, po której stronie byś nie stała – po prostu na tę wojnę nie idziesz. Pomijam oczywiście wszystkie skrajne sytuacje, w których jednostki są zindoktrynowane i mają wpojoną jakąś nadrzędną wartość, której nie da się przeskoczyć. To wszystko jest ciekawe… chociaż jeszcze ciekawsze jest to, że dwie osoby, które się kompletnie na niczym nie znają, czyli Ty i ja, mają rozwiązanie na wszystko, co dzieje się na świecie (śmiech). Ale może coś w tym jest, że te rozwiązania są naprawdę takie proste… Nie wiem, ale myślę, że ta rozmowa ma jakąś wartość, skoro już są nas dwie.

Sarsa Runostany wywiad premiera albumu
Sarsa, fot. Piotr Porębski

Silna, odważna i odarta z blichtru Sarsa

Jestem zdania, że podstawowe działania, a szczególnie edukacja, mogą być drogą do wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza naszym zasięgiem, więc chociażby takie zwykłe rozmowy już są ważne i mogą coś zmienić. Ale faktycznie może być też tak, że totalnie się na tym nie znamy, nie mamy pojęcia, jak działa świat i gadamy absolutne głupoty, więc proponuję wrócić do nieco bardziej przyziemnych tematów. Co macierzyństwo zmieniło w tobie, jako w artystce?

Sarsa: Bardzo dużo. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wyglądałby ten album, gdybym nie była w ciąży w trakcie jego tworzenia. Leonard dał mi ogromnego powera i odwagę, jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłam w swoim życiu. Uzmysłowiłam sobie wtedy, że naprawdę nie ma się czego bać, a lęk jest tylko i wyłącznie moim ograniczeniem. Kiedy tworzysz płytę tego typu, czyli nazwijmy ją – refleksyjną i trudniejszą niż moja dotychczasowa twórczość, nie ułatwiasz życia ludziom, którzy z Tobą współpracują. W związku z moją artystyczno-życiową woltą, musiało dojść również do wypchnięcia ze strefy komfortu wszystkich współpracujących ze mną osób. Ludzie widzą na scenie Sarsę, a to przecież tylko jedna, widoczna część organizmu, tworzonego przez żywych ludzi, którzy mają swoje rodziny, potrzeby, różne sytuacje ekonomiczne i część z nich chciałaby mieć po prostu święty spokój, a nagle ja stwierdzam sobie, że zaczynamy od początku. Druga kwestia jest taka, że Runostany to duża zmiana brzmienia i stylu muzycznego, więc musiała nastąpić też pewna wolta w strukturach mojego zespołu.

W Twoim wizerunku też wystąpi kolejna wolta? Jesteś znana jako artystka niezwykle wyrazista, która lubi obudowywać swoją twórczość charakterystyczną warstwą wizualną, chociaż szczerze mówiąc, słuchając Runostanów pomyślałam sobie, że ten materiał chyba już tego nie potrzebuje…

Sarsa: Runostany to moja pierwsza okładka, która jest taka saute. Nie ma na niej nawet tytułu, jest tylko czysta figura geometryczna, którą tworzę. Tracklista jest bez cyfr – zamiast nich są runy, a właściwie znaczki, które przyszły mi do głowy, jako pewne sygnatury każdej z piosenek. Lubię symbolikę i świat duchowy, i wierzę, że w symbolach, tak jak w słowach, są zaklęte konkretne wibracje, pozytywne lub negatywne. Cały artwork tej płyty stworzył Filip Rybskie i jestem mu niezwykle wdzięczna, ale też dumna z tego, jak to wygląda. Pierwszy raz w życiu zrobiłam też tak, że najpierw wysłałam grafikowi muzykę, powiedziałam mu ogólnie co słychać w moim życiu i zapytałam go, jak to widzi. Nagle okazało się, że można właśnie w ten sposób rozmawiać z ludźmi i zupełnie nie wiem, czemu wcześniej tego nie robiłam. To, co zaproponował Filip, totalnie ze mną zarezonowało. Natomiast mój wizerunek koncertowy, czy na wywiadach, faktycznie traktuje już totalnie bez napinki. Kocham przeobrażać się wizualnie, w ogóle uwielbiam wszelkie dziwactwa i to zawsze było elementem tego, jak się wyrażam, ale tym razem będzie dziwne chyba właśnie przez to, że będę taka zwykła.

Być może dziwnie, a być może właśnie taki minimalizm pozwoli odbiorcy Twojej muzyki bardziej skupić się na zrozumieniu tego, co chcesz nią przekazać. Myślę, że dla takiego albumu less is more.

Sarsa: To sprawdzę, co mam w szafie. Chyba wystarczy! (śmiech)

No i mamy to!

Sarsa Runostany wywiad premiera albumu
Sarsa Runostany, okładka albumu

„Nie potrafiłam zwajbować z laskami”

Sarsa: W ogóle muszę Ci powiedzieć o jeszcze jednej zmianie, którą też wiążę z tą płytą i z całym tym moim rozwojem osobistym, mianowicie strasznie polubiłam kobiety. W tym sensie, że do tej pory zawsze otaczałam się mężczyznami i to dawało mi jakieś poczucie bezpieczeństwa na każdej płaszczyźnie mojego życia. Kiedy pojawiała się w nim kobieta, to zawsze robił się jakiś kwas – myślałam sobie, że nie ma poczucia humoru albo mnie ocenia. Po prostu nie potrafiłam zwajbować z laskami. Mówi się, że kobiety stereotypowo nie potrafią ze sobą funkcjonować na zdrowych warunkach i pewnie faktycznie jest na to jakieś biologiczne wyjaśnienie, ale ostatnio totalnie mi się to zmieniło i kocham otaczać się dziewczynami. Zaczynam czuć, że one po prostu więcej kumają niż faceci i że tworzymy razem fajną społeczność. Nie wiem, czy to była jakaś moja ułomność, czy znowu jest to jakaś ogólna, społeczna fala, że dziewczyny zaczynają się wspierać, ale mam wrażenie, że w końcu skumałyśmy, że nie trzeba się zwalczać tylko, że razem jesteśmy w stanie zbudować totalną potęgę. Chciałam Ci o tym powiedzieć, bo bardzo się ucieszyłam, że w końcu będę rozmawiała z dziewczyną.

Wydaje mi się, że faceci są w stanie bardziej dostosować się do zastanych warunków, dzięki czemu dobrze się z nimi żyje. Jednak między kobietami częściej pojawiają się starcia i ciężej o kompromis, bo każda z nas lubi walczyć o swoje zdanie.

Sarsa: Tak, kobiety mają większą potrzebę kontrowania się. Mądrze mówisz! Wychodzi na to, że to moje otaczanie się facetami było po prostu pozostawaniem w strefie komfortu, w której wszyscy mi zawsze przytakiwali i bili brawo. Ale ile można znosić poklasku… Nagle odkryłam, że kobieta – owszem – skontruje mnie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, czyli rzuci inne światło. Oczywiście nie generalizujmy, ale coś w tym jest.

Najważniejsze to nauczyć się w tym wszystkim zdrowo dyskutować. Gdy schowa się własną dumę w kieszeń i po prostu posłucha drugiego człowieka, okazuje się, że rozmowy między kobietami, które mogą mieć zupełnie inne pomysły na życie, potrafią być wyjątkowo inspirujące i poszerzające horyzonty. Sarso, dziękuję Ci za szczerą rozmowę. Była dla mnie niezwykle inspirująca i ważna.

Sarsa: Dla mnie to był nie tylko wywiad, ale rozmowa, która dała mi wiele do myślenia i dużo z niej wyniosłam. Dziękuję!

Sarsa Runostany wywiad premiera albumu
Sarsa, fot. Piotr Porębski

Sarsa – Runostany, posłuchaj albumu!

Runostany to muzyczna rewolta Sarsy – wykaz dojrzałości artystycznej, ale też platforma do ujścia najbardziej ludzkich i przyziemnych refleksji, o których artystka niezwykle szczerze opowiedziała w naszej rozmowie. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: pierwsze kasety, dissy i nadejście Scyzoryka WROsound 2024. Zagrają m.in. Małpa, susk, […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →