kadr ze zwiastuna filmu „Thor: Miłość i grom"

Miłość, grom i kozy. Kilka słów o nowym “Thorze” [opinia]


13 lipca 2022

Obserwuj nas na instagramie:

Thor: Miłość i grom nastrojem zbliża się w kierunku Strażników Galaktyki. I bardzo dobrze, bo żarty, gagi, głupie teksty to idealna przeciwwaga dla znanego już z poprzednich filmów MCU pompatycznego języka Thora. Choć być może w tym wypadku momentami było tego nieco za dużo.

Thor: Miłość i grom jest bowiem w pewnym sensie komedią romantyczną. “Pozwólcie, że opowiem wam historię kosmicznego wikinga, Thora Odinsona” – zaczyna lektor głosem reżysera Taiki Waititiego, który w filmie wciela się w postać Korga, przyjaciela Thora. Korg przybliża w telegraficznym skrócie historię swojego druha, jakby torując mu nowy start w MCU. Opowiada na jednej, humorystycznej nucie, mówi o stratach, których doznał Thor, o jego upadku i późniejszej przemianie. Teraźniejszy Thor po tych wszystkich trudnościach jest walecznym, szlachetnym wojownikiem, przedstawionym oczywiście w przerysowany sposób, który z powodzeniem ratuje kolejne ludy przez rozmaitymi zagrożeniami. Aż do czasu.

Pojawia się bowiem zagrożenie dla niego samego, a także dla innych bogów. Nazywa się Gorr, ale mówią na niego Bogobójca.

Thor: Miłość i grom – zwiastun

Grany przez Christiana Bale’a Gorr był kiedyś bogobojnym człowiekiem. W pewnym momencie stracił jednak wiarę i przeciwstawił się bogom. Od tamtej pory morduje ich, jeden po drugim.

Thor, by chronić siebie i innych bogów, musi powstrzymać Gorra. W poszukiwaniu sojuszników pojawia się na Olimpie, gdzie poznaje swojego idola Zeusa (Russell Crowe), a także inne bóstwa. Ale, jak mówi znana fraza, never meet your idols. Spotkani przez niego bogowie okazują się egoistyczną elitą, która nie ma zamiaru mieszać się w sprawę walki z Gorrem.

Thor na szczęście nie jest w tej walce sam. Pomaga mu wspomniany już Korg, pomaga Walkiria. W wyprawce od jednego z przywódców dostaje dwie olbrzymie, krzyczące kozy (ich zachowanie stanie się powracającym gagiem w filmie). Pomaga mu jednak przede wszystkim Potężna Thor. Tu cała na biało, a raczej cała w zbroi wkracza Jane Foster (Natalie Portman), która stała się ową Potężną.

Jane Foster wraca

Dawna miłość Thora powróciła w wielkim stylu, choć w nie najlepszych okolicznościach. Razem z nią wrócił Mjolnir, dawna broń Thora, na czym zresztą Waititi buduje kolejne gagi. Pojawienie się młota powoduje bowiem zazdrość u Stormbreakera, aktualnej broni Thora.

Świetnie, że do MCU wróciła Natalie Portman. Świetny jest też występ Christiana Bale’a. Jego Gorr, który wygląda jak mnich z pustynnej planety, jest przerażający i hipnotyzujący. Poznajemy jego origin story i znamy jego motywację, dzięki czemu nie jest to postać płaska.

Thor: Miłość i grom zapewnia naprawdę dużo rozrywki. Ale po seansie trudno nie myśleć o tym, jak biednie wyglądały niektóre efekty specjalne. Szczególnie w momencie, gdy mówi się coraz więcej o trudnych do realizacji deadlinach narzucanych podwykonawcom przez studio Marvela i problemach z jakością CGI.

Thor: Miłość i grom jest teraz trochę jak sam katalog Marvela: dzieje się tam dużo, szybko, można z tego czerpać rozrywkę, ale w pewnym momencie siada jakość i pojawia się przesyt.

Recenzja filmu powstała dzięki współpracy z siecią kin Multikino, która umożliwiła udział w seansie.

multikino logo

Thor: Miłość i grom nastrojem zbliża się w kierunku Strażników Galaktyki. I bardzo dobrze, bo żarty, gagi, głupie teksty to idealna przeciwwaga dla znanego już z poprzednich filmów MCU pompatycznego języka Thora. Choć być może w tym wypadku momentami było tego nieco za dużo. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →