fot. thankfolkforthat

thea wang uwalnia wodospad emocji na debiutanckim albumie “While He Is Still Asleep” [recenzja]


09 września 2022

Obserwuj nas na instagramie:

thea wang zbiera swoje przeżycia w albumową całość. Jak prezentuje się debiutancki krążek wokalistki? Przeczytajcie!

Debiut naznaczony kameralnością

Moja droga z theą wang przecięła się na początku lipca tego roku. Wtedy to, podczas trasy nazwanej przeze mnie „Aurora tour” wziąłem udział w aż trzech koncertach młodej Norweżki, by posłuchać na żywo materiału z albumu The Gods We Can Touch. To właśnie tam miałem także ogromną przyjemność zapoznać się z kilkoma premierowymi piosenkami grającego przed nią supportu, jakim była właśnie thea. I co tu dużo mówić – moje serce roztopiło się jeszcze przed głównym koncertem. Był to dla mnie bardzo jasny sygnał, żeby wyciągnąć telefon i zaobserwować nieznaną mi do tamtej pory wokalistkę, która właśnie dzisiaj wypuściła swój debiutancki album.

Przeczytaj także: thea wang zabiera nas w emocjonalną podróż singlem Garden Song

thea wang
fot. facebook artystki

While He Is Still Asleep to krążek, który zabiera nas w 11-kawałkową podróż pełną emocji. Na pierwszy rzut oka (lub też ucha) album podszyty jest strachem, a także zbierającymi się podczas gorszych wieczorów łzami, które dosłownie „zmiękczają” nam utwory i sprawiają, że płyną one swoim własnym życiem. Każda piosenka na albumie to zupełnie inny nurt i zupełnie odmienna historia, która jednak finalnie wpływa do jednego, jakże pięknego akwenu.

Live zamknięty w albumowych ramach

Pierwszą rzeczą, którą zapamiętałem z koncertów wokalistki na żywo, było to, że biła od niej niesamowita naturalność. Ot, zwykła dziewczyna wyszła trzykrotnie na scenę podczas wyprzedanych koncertów, by podzielić się z ludźmi swoimi historiami. Całkiem normalna i bardzo powtarzalna sytuacja, którą wielu mogłoby potraktować po macoszemu, bo przecież nie dla niej tu jesteśmy. Koło muzyki thei nie dało się jednak przejść obojętnie. Na scenie (oprócz zaprzyjaźnionego z nią gitarzysty, który wsparł ją dwóch piosenkach) była tak naprawdę tylko ona. Ona, gitara i jej magiczny głos. Chciałbym tu podkreślić słowo magiczny, ponieważ słuchając debiutanckiego albumu wokalistki, jest to przymiotnik, który wraca do nas jak bumerang. Naprawdę nie wiem, jak udało jej się tego dokonać, ale czar wykonywanych na żywo utworów nie prysł. Thea idealnie skondensowała go i zamknęła w każdej piosence, rozdzielając ową magię w bardzo zrównoważony sposób.

thea wang
fot. FMS

Onieśmielająca intymność w smutnym wydaniu

To właśnie dzięki tej umiejętności już przy okazji intra I Wrote You Letters możemy poczuć się, jakbyśmy słuchali albumu w prywatnych czterech ścianach wokalistki. Od pierwszych dźwięków przebija się bowiem z niego intymność, a także chęć podzielenia się sekretami artystki, które dla niej samej znaczą naprawdę wiele. Szybko też przechodzimy do znanych nam już singli Tell Me About It i While He Is Still Asleep. Singli, które wyzwalają skrywane do tej pory wyrzuty, a także pytania rzucane w eter w nadziei na uzyskanie chociażby najmniejszej odpowiedzi. Obudowane wokół delikatnego głosu thei i akompaniującej jej gitary utwory zmuszają nas do zamknięcia oczu i poddania się samoistnie piszącej się historii, która maluje przed nami dość smutne obrazy.

Ogród usłany emocjami

Smutek ten odchodzi jednak na dalszy plan przy okazji utworu Garden Song (I Prefer a Loon). Piosenka, mimo dość rozpaczliwego tekstu, jest swojego rodzaju spowiedzią będącą próbą wyzwolenia skrywanych głęboko przeżyć. W myśl słów wokalistki czasami piękno nie idzie bowiem w parze ze szczęściem, które niestety bardzo często potrafi ulecieć w mgnieniu oka. Bardzo trafną metaforą jest tu również porównanie życiowych doświadczeń do ogrodu, a także sadzonych w nim kwiatów. Czasami zasadzone wspomnienia nigdy nie wyrosną i już na zawsze pozostaną w ziemi poza zasięgiem naszego wzroku. Niektóre jednak, dzięki drobnej pomocy, będą potrafiły rozkwitnąć, by uraczyć nas widokiem zupełnie nowego życia.

Już przy okazji pierwszego przesłuchania byłem pewien, że będzie to moja ulubiona piosenka na całym albumie. Niebanalna, emocjonalna i przede wszystkim idealnie współgrająca ze sobą propozycja od początku do końca wzbudza pewien rodzaj uczuć, z którymi nie potrafimy walczyć. Pozostaje nam jedynie zaakceptować je i otworzyć się na ich wpływ.

Wariacja w jej najlepszym wydaniu

Bardzo ciekawymi propozycjami na tej akustyczno-emocjonalnej uczcie są również piosenki Cat From Molina, a także 17th Time That August. Bawiąca się w nich formą thea wang udowadnia nam, że prostota nie musi być wcale nudna czy też powtarzalna. Można w niej bowiem zawrzeć naprawdę wiele. Idealnie zgrywające się ze sobą instrumenty, bedroomowe i indie-popowe wstawki, a także naturalne przerywniki w postaci ludzkich okrzyków, oddechów psa czy szeleszczącego wiatru oczarowują subtelnością i niesamowitą umiejętnością w ich zgrabnym połączeniu. Mimo tak wielu ozdobników nie przytłaczają one słuchacza, a jedynie pobudzają kolejne zmysły, które pomagają w odbiorze całokształtu.

Punktem kulminacyjnym albumu jest jego ostatnia piosenka Word On The Street, która w pełni pokazuje nam kunszt artystki, a także jej naprawdę szeroką skalę głosu. Na szczególnie uznanie zasługuje tutaj również końcówka domykającej album propozycji, która niczym syreni śpiew hipnotyzuje nas z sekundy na sekundę coraz bardziej. Jej omamiające i enigmatyczne dźwięki nieubłaganie chylą się jednak ku końcowi, by po raz ostatni oddać nas w ramiona przygrywającej coraz to ciszej i ciszej gitary.

thea wang
fot. Spotify

thea wang odpala niecodzienne fajerwerki

Czasami muzyce nie potrzeba ognia, niezliczonej ilości upiększeń czy też wyznawania zasady więcej, mocniej, bardziej. Niekiedy to, co potrzebne do zbudowania dobrego krążka, jest na wyciągnięcie naszej ręki. Skrywane w odmętach codzienności emocje są tego idealnym przykładem. Ich podniosłość nie jest bowiem określana miarą rozgłosu. To, co piękne i autentyczne, powstaje przecież w ciszy. Ciszy, którą thea wang potrafi jednak uzbroić w brzmienia.

Debiutancki album Norweżki to pokaz niebotycznych umiejętności, które nie wzięły się znikąd. To widać i czuć, że w życiu wang pojawiły się one wraz z doświadczaniem otaczającego ją świata. Początkowo uśpione, czekały na odpowiedni moment, by otrzymać jedną, małą szansę, która pozwoli im zaprezentować się szerszej publiczności. Taka szansa pojawiła się właśnie teraz i nie została w żaden sposób zmarnowana. thea wang i jej przepiękny DEBIUTANCKI album świecą bowiem naprawdę jasnym światłem.


thea wang – While He Is Still Asleep – odsłuch albumu!

thea wang zbiera swoje przeżycia w albumową całość. Jak prezentuje się debiutancki krążek wokalistki? Przeczytajcie! Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: pierwsze kasety, dissy i nadejście Scyzoryka WROsound 2024. Zagrają m.in. Małpa, susk, Bisz i Kasia Lins Debiut naznaczony kameralnością Moja droga z theą wang przecięła […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →