Dawida Podsiadło boli ósemka – relacja z koncertu w Poznaniu


13 października 2020

Obserwuj nas na instagramie:

Dawid Podsiadło to człowiek, który bez dwóch zdań jest na właściwym miejscu. Scena do niego należy, scena mu się należy, wydarł ją i zaadaptował na swoje artystyczne harce. Pół żartem, pół serio – chyba tak najlepiej mogę zdefiniować jego twórczość.

Twórczość bardzo sympatyczną i to się ceni, zwłaszcza, że przecież z taką renomą mogłaby okazać się napuchniętym przerostem formy nad treścią. Na szczęście tak nie jest, a artysta dalej może wdzięcznie puszczać nam oczko.

Nie nazywaj się Polakiem, jeśli nie wiesz, kim jest Dawid Podsiadło. Brzmi radykalnie, ale ten warunek wcale nie jest taki trudny do spełnienia. Mogę się założyć, że nawet jeśli ktoś nie zna ani jednej jego piosenki, to przynajmniej słyszał o nim samym. Kojarzy nazwisko albo i twarz, która od czasu do czasu gdzieś tam miga na dużym ekranie. Zapracował sobie na to chłopak, bo od strony warsztatowej jest po prostu wybitny. Może oczywiście nie przekonywać do siebie barwą, sceniczną koncepcją, czy nawet samym wgłębieniem się w ten tak zwany alternatywny pop, ale talentu zwyczajnie nie można mu odmówić. Na scenie staje się przede wszystkim wokalistą, chociaż jego epizody z pianinem, puzonem, czy gitarą też wypadają bardzo wdzięcznie. Dziś powiem więc o Dawidzie-śpiewaku, zachowując dla siebie, mniejsze lub większe miejsce na dygresje.

Dawid Podsiadło
Dawid Podsiadło, fot. Michał Murawski

Dawid Podsiadło – przeznaczony scenie

Po wydaniu dwóch płyt artysta znalazł się na celebryckim świeczniku, lecz to zdecydowanie era Małomiasteczkowa wywindowała go na sam muzyczny szczyt i przydała mu największej popularności. Chwytliwe piosenki, fantastyczna kampania reklamowa – może nawet i milczenie między albumami, sprawiło, że Dawid Podsiadło błysnął niby pierwsza gwiazdka. No i nie zgasł, ba, w najlepsze wyprzedaje stadiony oraz sale koncertowe w – z zegarkiem w ręku – trzy sekundy. Miałam przyjemność być na siedmiu koncertach artysty od rozpoczęcia małomiasteczkowego szaleństwa i każde z tych doświadczeń utwierdziło mnie w przekonaniu, że Dawid jest stworzony do występowania. Są artyści, którzy tworzą spektakle. Są ci, którzy wystawiają przedstawienia. Dawid zaś należy do tych, którzy po prostu grają koncert. I to w zupełności wystarczy.

Przyznam, że urzekła mnie w nim umiejętność zapewnienia rozrywki każdemu, kto na jego występ się wybierze. Śpiewa nowe rzeczy i stare rzeczy, i nawet ci, co rozpoznają ze dwa największe szlagiery też się wybawią. Wytańczą. Wyskaczą: lub w ostateczności, wyśpiewają, jeżeli akurat specyfika koncertu nie pozwala(ła) na pląsy pod sceną. Dawid Podsiadło to urodzony showman, chociaż czasami zgrywa nieśmiałka, co… dobrze robi jego wizerunkowi. Po Narodowym mógłby sobie rękę podać z Freddiem Mercurym, podczas gdy na koncertach zakrojonych na (nieco) mniejszą skalę, zwyczajowo bąknie coś pod wąsem, zarzuci żarcikiem, którego publiczność albo nie zrozumie, albo zaśmieje się grzecznościowo, czy też z komizmu sytuacyjnego. Która poza jest prawdziwa?

Dawid Podsiadło
Dawid Podsiadło, fot. Michał Murawski

Dawid Podsiadło jakby zbladł

Zaczęło się od Beli, której na żywo nie słyszałam chyba ze sto lat i i był to przyjemny, nostalgiczny powrót do mieszkania na Ochocie i niefrasobliwości przebranej w niecodzienny muzyczny aranż. Dałabym radę odgadnąć po jednej nutce, lecz dokonania zespołu Dawida, ba, jego orkiestry, bo Leśna Muzyka to nie tylko skrzypce, gitara i tak dalej: skład znany z poprzednich tras artysty został tutaj rozszerzony o instrumenty dęte, wprawiły mnie w niemałe osłupienie. Tym większe, że przy nich charyzma Podsiadły jakoś zblakła. Najnowszy Klip wybrzmiał poprawnie, ale bez rewelacji: zdecydowanie najbardziej wybijały się partie dęciaków oraz klawesyn Piotra Madeja, alias Patricka The Pana, który w tym zespole gra chyba dosłownie na wszystkim, od klawiszy aż po bananowe grzechotki. No – podobnie, wokalnie w porządku, tylko jakoś niewyraźnie. Moim zdaniem to chórki w wykonaniu Julki Kulpy, Magdaleny Laskowskiej i Agi Bigaj zrobiły tą piosenkę.

Nie ma fal, które też powinno uderzyć jak tsunami, przeszło spokojnie i bez echa. Pojawiły się muzyczne niuanse, Olek Świerkot genialnie czesał na swojej gitarze, moje serce znowu zostało skradzione przez partie instrumentów dętych i ich tam-tam-ram-tam. Gdybyście tylko mogli słyszeć ten flow, zresztą godnie odzwierciedlony wizualnie. W zespole naprawdę jest chemia, więc szkoda, że akurat na tym występie ze strony lidera zabrakło… ikry? Dawid co prawda nieco odkuł się na numerze Forest, wibrując bardzo wysoko na samym końcu. To było dokładnie to uczucie, na które czekałam od momentu rozpoczęcia koncertu. Niestety, przyszło za późno, bym mogła być z niego w pełni usatysfakcjonowana.

Dawid Podsiadło – Forest

Dawid Podsiadło – krótko, zwięźle i na temat

Małomiasteczkowy wypadł nudno – został utrzymany w konwencji najbardziej zbliżonej do oryginału, no ale, wiadomo, największy hit, banger, to można wybaczyć. Przypadł mi za to do gustu udział Agi Bigaj w tym wykonaniu i ożywcze wstawki na pianie. Drobiażdżek, przepadający właściwie w całym utworze – mnie ujął, więc na straty tej wersji nie spisuję. Później zaczęło się disco, chociaż publika w dalszym ciągu była niemrawa i chyba onieśmielona, bo niewiele osób wstało z miejsc, by pokiwać się do utworu Trofea, który w leśnej odsłonie zyskał klimat szalonych lat 80. Brakowało może jakiejś zachęty ze strony gospodarza, szkoda.

Podczas momentu dla publiczności, Dawid przyznał, że nie złożył jeszcze swoich klocków lego Star Wars, ponarzekał na bolącą ósemkę, a potem zasiadł do pianina i zrobił dokładnie to, co zawsze, zapodając największą płakuwę tuż po najbardziej tanecznym kawałku. Nie kłami w Leśnej oprawie zostało niestety, cóż, zubożone. Dotychczas ten utwór brzmiał drżąco, z olbrzymimi pokładami rozemocjonowania w tle, z zapalczywością, a teraz? Oszczędność dopadła tak warstwę instrumentalną, jak i wokalną, momentami Podsiadło wręcz sucho wyrzucał z siebie słowa. To zmęczone, znużone odśpiewanie było ciekawą interpretacją – mimo wszystko, mam nadzieję, jednorazową.

Dawid Podsiadło
Dawid Podsiadło, fot. Michał Murawski

Dawid Podsiadło pogubił maniery

Z nowego utworu Dawida – nie nazwę go premierowym, bo był już grany na wcześniejszych koncertach – w pamięć zapadła mi fantastyczna gasnąca perkusja. Sam numer z radiowym vibe’em, chociaż nieszczególnie pozostawiający po sobie gęstsze konkluzje. Nie ze mną, śpiewa Podsiadło i niestety, przekonał mnie: nawet gdyby nalegał na repetę, nie miałabym na nią większego ciśnienia.

W Pastempomacie bas otrzymał swoje pięć minut, a zaraz za nim ponownie wjechał Olek Świerkot ze swoją hiszpańską gitarrrą. Było pięknie, szkoda tylko, że w tych aranżacyjnych sukcesach bardzo małą rolę odegrał Podsiadło, który miał zdecydowanie mniej momentów, niż członkowie jego bandu. Klimat poprawił się w Eight, które muzycznie ukucnęło sobie nieśmiało przy Tomie Waitsie, a nawet mogłoby znaleźć się w soundtracku do Peaky Blinders. Nieznajomy, jak to nieznajomy, mocniejsze wykonanie tego wieczoru, został za to zamknięty najcudowniejszą na świecie codą, w którą Dawid włożył energię, magazynowaną przez cały koncert. Come with me now – nalegał. Gdyby tylko tak było przez cały koncert. Matylda na bisie niezmiennie sympatyczna, lecz nic więcej. Podsiadło zszedł ze sceny i tyle go widzieliśmy. Nawet się nie ukłonił.

Dawid Podsiadło – Nieznajomy

Uczestniczyłam w koncercie, który według wszelkich prawideł powinien być świetny, a niestety – nie był. Podsiadło grał wówczas trzeci z czterech koncertów w ciągu dwóch dni – może na jego niekorzyść zadziałało zmęczenie.

Może nerwowa atmosfera spowodowana wprowadzanymi obostrzeniami, które oczywiście dosięgnęły branżę artystyczną. Może pomniejszony kontakt z publicznością. Może złożyło się to wszystko na raz. Może to ja po prostu miałam pecha, trafiając na jego fenomenalne wcześniejsze występy, a na ten, Leśny, wyjątkowo przeciętny.

Wiem, jak Podsiadło śpiewa i występuje, a koncert w Poznaniu był tego słabą namiastką. Cały zespół za to spisał się świetnie, lecz nie mogę chować niedociągnięć Dawida za fantastycznym występem Julki Kulpy, Agi Bigaj, Magdaleny Laskowskiej, Aleksandra Świerkot, Darka Sprawki, Dominik Trębskiego, Jacka Chrzanowskiego, Kuby Galińskiego, Marcina Ułanowskiego, Oliwiera Andruszczenko, Piotra “Patricka The Pana” Madeja i Tomasza Dudy.

Bolącą ósemkę Dawida wezmę za okoliczności łagodzące, aczkolwiek koncert artysty takiego kalibru powinien wyglądać nieco inaczej. Na szczęście – lub nieszczęście – myślę, że prędko o nim zapomnę.

zdjęcie główne: Michał Murawski

Dawid Podsiadło to człowiek, który bez dwóch zdań jest na właściwym miejscu. Scena do niego należy, scena mu się należy, wydarł ją i zaadaptował na swoje artystyczne harce. Pół żartem, pół serio – chyba tak najlepiej mogę zdefiniować jego twórczość. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →