Popkultura bez granic. Jak kultura popularna radzi sobie z imigracją


01 sierpnia 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Gdyby wierzyć mediom i politykom, największy kryzys humanitarny naszych czasów wcale nie dotyczy ludzi. W pontonach na morzu toną liczby, w obozach dla uchodźców siedzą koszty, przed wojną uciekają diagramy. Tym większa odpowiedzialność artystów w przywracaniu migrantom człowieczeństwa.

Pierwszą linię frontu okupują, co zrozumiałe, reprezentanci mniejszości etnicznych, potomkowie niewolników, dzieci cudzoziemców. Jak M.I.A., która urodziła się w Londynie, ale dorastała na Sri Lance, gdzie jej ojciec walczył u boku separatystów. M.I.A. jawi się trochę jak muzyczny odpowiednik Katniss Everdeen z Igrzysk śmierci. Niezależna, zbuntowana, strzelająca ognistymi wersami. Pod koniec ubiegłego roku wypuściła singiel pod znamiennym tytułem „Borders”. Wideo do kawałka, ukazujące przeprawę uchodźców przez lądy i oceany, zatrzymanych dopiero przez zachodnie zasieki z drutu kolczastego, było szeroko dyskutowane w sieci.

Wiele gwiazd show-biznesu, środowiska w końcu liberalnego jak mało które, wyraża poparcie dla imigrantów w wywiadach, angażuje się w akcje charytatywne. Skromny odsetek jednak poświęca uchodźcom własną twórczość. Zdaniem brytyjskiej artystki, nie tyle ze strachu przed utratą części fanów – choć ten czynnik też jest brany pod uwagę – ile z obawy przed zanudzeniem słuchacza, a co za tym idzie: porażką komercyjną.

„Te tematy zdecydowanie nie są sexy”, zauważyła M.I.A. w jednym z wywiadów.

„Te tematy zdecydowanie nie są sexy”, słusznie zauważała M.I.A. w jednym z wywiadów. Innym razem wspominała, jak wraz z rodziną kilkakrotnie próbowała opuścić Sri Lankę i zanim się to ostatecznie powiodło, autobus każdorazowo był zawracany, a mężczyźni znajdujący się wśród pasażerów – zatrzymywani i wywożeni w miejsce bez powrotu. Za sprawą tych doświadczeń, bezkompromisowej postawy i obranej drogi artystycznej, raperka i wokalistka wyrasta na nieformalną liderkę ruchu prouchodźczego w Europie, postać będącą dla sceny Starego Kontynentu tym, kim Beyoncé stała się dla Ameryki po premierze teledysku „Formation”.

Łącznicy między światami

Skądinąd problemy rasizmu w Stanach i kryzysu imigracyjnego naturalnie się zazębiają. Za symbol zespolenia mogą posłużyć francusko-kubańskie bliźniaczki Ibeyi, które bez trudu można sobie wyobrazić w jednym protest songu z M.I.Ą., a które Queen Bey zwerbowała do swojej Formacji podczas pracy nad albumem Lemonade.

Ibeyi

Ibeyi

Wychowane w Paryżu siostry Díaz, córki legendarnego perkusisty Buena Vista Social Club, ciepło przyjęty debiut, który nie uszedł uwadze Beyoncé, nagrały częściowo w języku Jorubów, zachodnioafrykańskiego plemienia o wysoko rozwiniętej kulturze, które w XVIII wieku masowo migrowało na Kubę w wyniku ekspansji niewolnictwa. O kryzysie można – czy wręcz: wypada – mówić wprost, jak M.I.A., ale w dłuższej perspektywie jeszcze ważniejsza jest rola łączników między światami, między kulturami. Działalność tych, którzy uwrażliwiają konsumentów sztuki, otwierają ich na zjawiska, problemy z innego kręgu kulturowego.

Co prawda etno nie zawładnęło jeszcze mainstreamem, niemniej nie sposób nie zauważyć zwrotu świadomych słuchaczy w kierunku takich wykonawców jak właśnie Ibeyi, Omar Souleyman, Mbongwana Star, Owiny Sigoma Band czy nasza Kapela ze Wsi Warszawa. Przy czym zainteresowania świata popu folklorem, korzeniami rośnie proporcjonalnie do zainteresowania odbiorców.

Jeszcze kilka sezonów wstecz było nie do pomyślenia, by Beyoncé, pupilka białych mediów, krytykowana przez własną społeczność za blond peruki i rozjaśnianie skóry, nagrała płytę tak silnie afrocentryczną. A i teraz jej przemiana z szansonistki w aktywistkę, klip „Formation” otwarcie wymierzony w policję, teksty o tym, że „lubi swój murzyński nos”, wprawiły mnóstwo osób w osłupienie. „Biali ludzie są w szoku, bo okazało się, że Beyoncé jest czarna”, pokpiwali nie bez racji internauci.

Bliski Wschód przenika do popkultury

Głównym punktem odniesienia dla większości artystów zaangażowanych społecznie wciąż pozostaje Afryka, kontynent-matka. Dla Beyoncé teksty na ostatnią płytę pisała m.in. somalijska poetka Warsan Shire. Nowojorski poeta i muzyk Saul Williams album Martyr Loser King promował utworem „Burundi”, w którym zwracał uwagę świata na jedno z najbiedniejszych państw, pogrążone w chaosie, bliskie kolejnej wojny domowej. Wydany z końcem czerwca, niemal jednogłośnie chwalony przez krytyków trzeci krążek Blood Orange, Freetown Sound, zainspirowała wizyta artysty w Sierra Leone, rodzinnych stronach ojca-emigranta.

Ale i muzułmański Bliski Wschód coraz częściej przenika do popkultury – i to nie tylko za sprawą orientalnej muzyki autochtonów. Teledysk do singla „The Wheel” PJ Harvey to w zasadzie bogaty w gorzkie refleksje wideopamiętnik z podróży do Kosowa i Afganistanu.

Z kolei „A Retelling” Kindnessa opowiada autentyczną historię syryjskiego uchodźcy i jego niebezpiecznej przeprawy z Damaszku do Glasgow. Utwór wszedł w skład firmowanej przez Czerwony Krzyż kompilacji The Long Road, na której z tematem kryzysu mierzą się tacy artyści, jak m.in. Robert Plant, Tinariwen, Scroobius Pip oraz Sierra Leone’s Refugee All Stars – wykonujący staroafrykańską muzykę baskeda.

W tym miejscu wypada też wspomnieć o płycie Abbar el Hamada Azizy Brahim, wokalistki urodzonej w obozie dla uchodźców w algierskim Tinduf. W estetyce oryginalnego pustynnego bluesa artystka, obecnie mieszkająca w Barcelonie, przejmująco syntetyzuje przeżycia saharyjskich obozowiczów.

Francuska fala optymizmu

Imigrant we współczesnym kinie ma wiele twarzy. Irlandzkiej prowincjuszki z Brooklynu, nastolatków z gwatemalskiej „Złotej klatki”, brytyjskiego misia Paddingtona. Najdonośniej wybrzmiewa jednak głos postkolonialnej Francji. Filmowcy znad Sekwany masowo podejmują tematy wyciągnięte na światło dzienne przed dwiema dekadami w marginalnej wówczas, a dziś bez mała profetycznej Nienawiści Kassovitza, historii młodocianych mieszkańców getta – Afrykańczyka, Araba i Żyda – poróżnionych wieloma rzeczami, ale zgodnie rozczarowanych rzeczywistością wokół.

Nienawiść Kassovitza

Kadr z Nienawiści

Teza, że to system kreuje potencjalnych przestępców, jest w nowym kinie francuskim równie żywotna, co w afroamerykańskich dramatach przełomu lat 80. i 90., jak Chłopaki z sąsiedztwa Johna Singletona, Zagrożenie dla społeczeństwa braci Hughes, filmy Spike’a Lee. W głośnym Proroku Jacquesa Audiarda arabski chłopak radykalizuje się dopiero za kratami. W Imigrantach tego samego reżysera tamilski separatysta ze Sri Lanki, Dheepan, zostawia za sobą wojnę i na fałszywych papierach rozpoczyna nowe życie pod Paryżem. Z wdzięcznością odbiera klucze do mieszkania socjalnego w dzielnicy gangów i podejmuje pracę dozorcy, ale ostatecznie przemoc, od której tak usilnie próbował się uwolnić, dopadnie go i tutaj.

W nagrodzonej w tym roku trzema Cezarami, opartej na faktach Fatimie Philippe’a Faucona imigrantka z Maroka haruje na paru etatach jako sprzątaczka, by zapewnić wykształcenie dorastającym córkom. Te w końcu do tego stopnia zasymilują się z Francją, że zaczną się wstydzić niepiśmiennej matki z nizin społecznych.

Dominantą francuskiego kina wciąż pozostaje jednak jego firmowy optymizm. W rewelacyjnej komedii Za jakie grzechy, dobry Boże? Philippe’a de Chauverona nośnikiem w większości błyskotliwych gagów na temat stereotypów i uprzedzeń jest burżuj wydający córki za Chińczyka, Żyda, Araba i Afrykańczyka. Notabene, sam francuski przemysł filmowy jest dziś równie zróżnicowany.

Na najbardziej kasową gwiazdę wyrósł Omar Sy, syn sprzątaczki z Mauretanii i robotnika z Senegalu, pierwszy czarnoskóry aktor nagrodzony Cezarem. Na cokolwiek perfidną ironię losu zakrawa przy tym fakt, że Sy w swoich największych hitach – Nietykalnych, Sambie i wyświetlanym niedawno w polskich kinach Chocolacie – kreuje w zasadzie tę samą postać, magicznego Murzyna z dołów, zabawiającego znudzoną klasę wyższą i średnią.

Na cokolwiek perfidną ironię losu zakrawa fakt, że Omar Sy w swoich największych hitach kreuje w zasadzie tę samą postać, magicznego Murzyna z dołów, zabawiającego znudzoną klasę wyższą i średnią.

Inny popularny w Republice komediant, Kheiron, błysnął ostatnio nie tylko przed, ale i za kamerą na poły autobiograficznego filmu Wszyscy albo nikt, gdzie ze swadą i humorem sytuacyjnym godnym Marjane Satrapi przedstawił dzieje własnej rodziny, uciekinierów z reżimowego Iranu. Reżyser Chocolata i przy okazji wzięty aktor, Roschdy Zem, ma korzenie w Maroku. Abdellatif Kechiche, twórca Uniku, Tajemnicy ziarna, Czarnej Wenus i Życia Adeli, pochodzi z Tunezji. Po zamachach w Paryżu antyimigracyjna retoryka przybiera na sile, podsycana sukcesywnie przez Front Narodowy, a zarazem żadna inna europejska kinematografia nie stoi w takim stopniu fachowcami spod znaku multi-kulti. „Mój ojciec zawsze powtarzał: każdy inny, wszyscy równi”, mówi Kheiron. „Możemy mieć sprzeczne poglądy, ale rozmawiajmy ze sobą, bo to jedyny sposób, aby ruszyć do przodu”.

Sprawdź także:
W służbie multi-kulti. Do kin wchodzi „Star Trek: W nieznane”

Gdyby wierzyć mediom i politykom, największy kryzys humanitarny naszych czasów wcale nie dotyczy ludzi. W pontonach na morzu toną liczby, w obozach dla uchodźców siedzą koszty, przed wojną uciekają diagramy. Tym większa odpowiedzialność artystów w przywracaniu migrantom człowieczeństwa. Pierwszą linię frontu okupują, co zrozumiałe, reprezentanci mniejszości etnicznych, potomkowie niewolników, dzieci cudzoziemców. Jak M.I.A., która urodziła się […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: