Kobiety są wkurwione – muzyka na #CzarnyProtest


03 października 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Dziś w redakcji Rytmy.pl nie znajdziecie kobiet. Tak jak tysiące innych w Polsce i na świecie, wyszłyśmy na ulice, by walczyć o swoje prawa. Specjalnie na tę okazję przygotowałyśmy dla was materiał o kilku artystkach, które swoją muzyką wyrażają bunt i wściekłość.

Ich piosenki inspirują nas do walki i uczą, że mamy prawo być sobą i nikogo nie musimy za nic przepraszać. Te kawałki będą nam dzisiaj towarzyszyły na proteście – będą dodawały odwagi i przypominały, że kiedy jesteśmy złe, to możemy bardzo głośno krzyczeć – i nikt nas nie uciszy!

Agata Tomaszewska: Kathleen Hanna

Kathleen Hanna

fot. Kathleen Hanna / Twitter

Czy muzyczne zestawienie wkurzonych dziewczyn może istnieć bez artystki, która jest jest esencją kobiecego buntu? Ikoną feminizmu trzeciej fali? Twórczynią kobiecego punka i ruchu riot grrrls? Pewnie może, ale tym razem sprawa jest poważna i nie ma co kombinować – potrzebne nam są wzorce największego kalibru, które pokażą nam jak krzyczeć, by zostać usłyszaną. A nikt nie krzyczy tak donośnie jak Kathleen Hanna.

Trzeba mieć jaja, by w całkowicie zmaskulinizowanym ruchu punkowym lat 90. stworzyć feministyczną kapelę złożoną z samych dziewczyn. I wygrać. Trzeba mieć jaja, by na koncertach kazać pogującym chłopom odsunąć się do tyłu, żeby dziewczyny mogły posłuchać koncertu w pierwszej linii bez narażania życia i zdrowia. Trzeba mieć jaja, by popierać ruch pro-choice, grać na imprezach pro-aborcyjnych i rozmawiać o swojej aborcji z dziennikarzami, w taki sposób, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie: „To była pierwsza całkowicie moja decyzja. Pracowałam w McDonald’sie, uzbierałam pieniądze i zrobiłam to. Jestem wielką zwolenniczką pro-choice, ponieważ w innym wypadku nie byłoby mnie tu – nie rozmawiałabym tutaj z wami, gdybym miała dziecko jako 15-latka.”

Czy to w Bikini Kill, Le Tigre czy w aktualnym projekcie The Julie Ruin, 46-letnia dziś Hanna całą swoją twórczością wyraża bezkompromisową kobiecość i wolność robienia tego, co się chce. I choć punk umarł ponoć jakieś 40 lat temu, to dziwnym trafem nadal jest świetnym nośnikiem dla wyrażenia wściekłości i niezgody na rzeczywistość – tym razem kobiet, walczących o swoje prawa, które nadal dla niektórych nie są wcale oczywistą oczywistością. I Kathleen Hanna jest z nami!

Ania Szudek: Diamanda Galás

diamanda14402

Gdy myślę o Diamandzie Galás, przychodzą mi do głowy najbardziej wyraziste ze słów: szacunek, uznanie, podziw. Ale i postrach.

Dobrze pamiętam, jak wybrałam się na spoken word Henry’ego Rollinsa do warszawskiego Teatru Palladium. Było to zaraz po śmierci Lemmy’ego z Motörhead, w związku z czym były lider Black Flag poświęcił mu słuszną część występu. Opowiedział anegdotę o pewnym panelu, w którym uczestniczyli on, Lemmy i właśnie Diamanda Galás. Jeśli wierzyć Rollinsowi, były wokalista Motörhead tak działał jej na nerwy, że nie była w stanie tego ukryć. „A wiecie, jaka jest Diamanda. To niesamowicie inteligentna kobieta i z pewnością nie chcielibyście jej wnerwić” – mówił Rollins.

To prawda: Diamanda Galás jest piekielnie bystra. Opisując swoją muzykę, powołuje się na największych twórców, od Boscha, przez Baudelaire’a, aż po Pasoliniego. Przede wszystkim jednak jest wybitnie wrażliwa. W latach 80. zaangażowała się w pomoc osobom zakażonym wirusem HIV (w 1986 roku na AIDS zmarł jej brat). Starała się uświadomić odbiorcom, jak straszny jest los chorych na AIDS – powoli umierających, ale niemogących liczyć na wsparcie. Poświęciła im aż cztery płyty. Ze śmiałością pokazywała do kamery telewizyjnej wytatuowany na palcach napis: „Wszyscy mamy wynik dodatni”.

Ma w sobie mnóstwo gniewu i niezgody: na niesprawiedliwość, na ucisk wobec słabszych, na dyskryminację, na przemoc, na fizyczne i emocjonalne cierpienie. I jest tym gniewem przejęta tak bardzo, jak przejmujący jest jej głos – rozpięty (w zależności od osoby, która stara się go ocenić) na od trzech i pół do pięciu oktawach, trzymający się jednego dźwięku aż do utraty tchu, wibrujący z operową siłą. Ale i wyzwolony od ograniczeń techniki wokalnej, chrypiący, zamieniający się we wrzask.

Diamanda Galás o tym, co dla niej przykre, krzyczy tak głośno, jak tylko potrafi. Ale ubiera ten krzyk w formę barwną i poruszającą, a przede wszystkim swoją własną. I nie da się prosić o żadne usprawiedliwienie.

Paulina Steklińska: Neneh Cherry

nenehwider

Pochodząca ze Szwecji artystka, która zaczynała swoją muzyczną karierę w londyńskim środowisku punkowym, od początku kariery podejmuje tematykę związaną z kobiecą tożsamością. Jej utwór i teledysk „Woman” był reakcją na hit Jamesa Browna „It’s A Man’s Man’s Man’s World”.

Neneh sprzeciwia się w nim seksistowskiemu definiowaniu wartości kobiet jako czegoś, co zależy od ich relacji z mężczyznami. Wypowiada się w swoim imieniu, specjalnie unikając traktowania kobiet jako jednolitej masy. Mimo to, pozostaje przy opiekuńczym, kochającym wizerunku – nie prezentuje siebie jako kobiety walczącej, tylko wyraźnie odcina się od przekazu tekstu Browna.

Artystka ma feministyczne poglądy, akcentuje wartość indywidualnych kobiet, domaga się uznania od seksistowskiego środowiska muzycznego. Jednak swoje poglądy wyraża z perspektywy matki, która na 18 lat zrezygnowała z show-biznesu, by poświęcić się wychowaniu swoich dzieci. W 1988 roku wystąpiła w programie Top of the Pops będąc w siódmym miesiącu ciąży. Podobno na pytanie jednej z realizujących program osób o to, czy nic jej nie będzie, odpowiedziała: „To nie jest choroba”.

Wkurwia ją to, że przemysł muzyczny wcale się nie zmienił od momentu, kiedy zaczynała karierę – jest ten sam układ sił, wywyższający jedną z płci i poniżający drugą. Dotyczy to zarówno zarówno dysproporcji w promowaniu męskich i żeńskich muzyków, jak i uprzedmiotowieniu kobiet w mediach. Kiedyś nie uważała się za feministkę – dzisiaj nie boi się tego określenia i cieszy z rosnącego grona artystek o podobnych poglądach. Na naszym strajku pojawiłaby się na pewno i najprawdopodobniej zabrałaby ze sobą dorosłą już córkę.

Ola Zawadzka: PJ Harvey

pjharvey-2011-cred-seamusmurphy

„Zabieraj swoje brudne paluchy z dala od moich włosów” wykrzykuje w kawałku „Who The Fuck” i powtarza kilkukrotnie pytanie: „Kim, do cholery, Ty myślisz, że jesteś?”. PJ Harvey jest wkurwiona i nie będzie udawać, że wszystko jest w porządku. Muzyka to dla niej nie tylko sztuka – to tuba do mówienia. I nie zamierza jej marnować na utarte frazesy i miałkie słowa.

Na albumie Let England Shake rozlicza się ze swoją ojczyzną i komentuje bezwstydnie wojny, konflikty i traumy. Z kolei The Hope Six Demolition Project z tego roku – efekt jej pięcioletnich podróży między innymi do Afganistanu czy Kosowa – to porachunek z obecną sytuacją społeczną, gdzie bieda i nierówności wcale nie są czymś wyssanym z palca.

„Bezwzględnie wkurzam się przez rzeczy, które słyszę codziennie” przyznała parę lat temu w rozmowie z The Guardian. Jej reakcje nie są jednak jedynie polityczną dyskusją. Polly Jean umiejętnie od pierwszego występu na scenie uczy nas łamania stereotypów i pomaga rozliczać się z oczekiwań wobec kobiecości. Wystarczy wspomnieć tu feministyczne utwory pokroju „Me Jane” czy „Sheela Na Gig”, czy po prostu poprzednie albumy, mówiące między innymi o relacjach damsko-męskich, które pozwalały jej słuchaczkom stwierdzić: „Hej, przecież też mam prawo się wkurzyć”. Jest jednak coś jeszcze.

PJ Harvey to też jej eksperymenty z wizerunkiem. Ta sama drobna postać to jednocześnie dziewczyna bez grama makijażu, która zdecydowała się nie golić albo femme fatale ze sztucznymi rzęsami, grubą kreską na powiece i niebieskim cieniem nałożonym aż po same brwi. Raz wskakująca w skórzaną kurtkę, innym razem – wybierająca męski garnitur, obcisły różowy kombinezon czy teatralny pióropusz. Niesamowicie kobieca, choć zupełnie niepodobna do idealnego wzoru, dawała wzór samoakceptacji.

PJ Harvey nie boi się żadnych konsekwencji, a według niej kobiecość powinna być głośna i dumna.

Sprawdź także:
Jamila Woods – dumna kobieta, bąbelki i LSD

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: