Natalia Przybysz. Wygładzając ostre krawędzie – wywiad


22 kwietnia 2021

Podziel się newsem:

Zaczęło się od Black Mirror, było o szczerości w muzyce i Hani Rani, a skończyło się na ostatniej płycie, cielesności, sferze duchowej i przepływie energii. Natalia Przybysz sprawiła, że wywiad popłynął z prądem w nieoczywiste, momentami abstrakcyjne, lecz zawsze ciekawe kierunki.

Punktem wyjścia do naszej rozmowy miał być album nagrany w ramach MTV Unplugged, lecz nie mogłem odmówić sobie okazji do zapytania o rzeczy, które Natalia Przybysz przemyca zarówno w swojej muzyce, jak i wypowiedziach. Postanowiłem nie tyle „łapać za słówka” artystkę, co rozwijać wątki, które zdają się być dla niej ogromnie ważne. W zasadzie to ważne na tyle, że oddziałują na nią całościowo jako twórczynię i osobę.

Natalia Przybysz. Ładunek przekazu

Choć koncerty i nagrania w formule unplugged potocznie nazywane są „bez prądu”, to jednak jest on obecny we wszystkich elementach, które składają się na twórczość Natalii Przybysz. Prąd w przekazie, prąd w formie, prąd na scenie, prąd z publicznością. Wszystko, co wychodzi spod ręki czy z gardła artystki, ma określony ładunek, który może się zmieniać.

Natalia Przybysz - fot. Justyna Jaworska
Natalia Przybysz – fot. Justyna Jaworska

Jednak Natalia Przybysz równą wagę przywiązuje zarówno do zawartości, co do kształtu. Do sfery duchowej i cielesnej. Na słowa patrzy bardzo plastycznie, bawi się nie tylko ich znaczeniem, ale i układem liter. Wszystko, co robi, musi mieć swoje znaczenie. Mieć swój ładunek. Mieć prąd. Nie ma miejsca na powierzchowność.

Natalia Przybysz – wywiad

Hubert Grupa: Pozwolę sobie zacząć od rzeczy przyjemnych, a mianowicie od marzeń, i zapytam – czy widziałaś serial Black Mirror?

Natalia Przybysz: Widziałam niektóre odcinki, a niektórych nie dźwignęłam. Na początku, w kontakcie z tym serialem czułam trochę fascynacji. W sumie to było straszne, ale brnęłam w to, a potem stwierdziłam, że to już jest za straszne. Nie dźwignęłam.

To zapytam o coś przyjemniejszego. Czy widziałaś może odcinek San Junipero, który jest raczej jednym z bardziej pozytywnych, jeżeli chodzi o całą serię?

Natalia Przybysz: Nie.

Okej, to streszczę jedynie, że odcinek opowiadał historię osób, które mogły przenieść się w dowolną epokę, dekadę i żyć w ówczesnych realiach. Nawiązałem do tego, gdyż chcę zapytać, czy masz jakąś szczególną dla siebie dekadę lub epokę, którą chciałabyś przeżyć albo nawet więcej – tworzyć w niej i spędzić swoje najlepsze lata? Urodziłem się w roku 1990 i przyznam, że mi marzyłyby się lata 80. Wiesz, auta z podnoszonymi światłami, kurtka baseballówka, synth pop, wąsy i trochę za długie włosy z tyłu.

Natalia Przybysz: Wolałabym bardziej lata 60. i 70. Wtedy powstało najwięcej muzyki, którą kocham do dzisiaj, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

Natalia Przybysz - fot. Justyna Jaworska
Natalia Przybysz – fot. Justyna Jaworska

Natalia Przybysz. O szczerości

Właśnie trochę do tego zmierzało moje pytanie i zadając je, chyba spodziewałem się takiej odpowiedzi. Chciałbym skupić się na całokształcie Twojej twórczości, w której jako jej obserwator i odbiorca od lat, czuję dużą szczerość. Niemal tak dużą, jak właśnie w muzyce gospel czy w bluesie.

Czy starasz się być szczera ze słuchaczami, czy może wolisz upiększać lub pogłębiać daną historię, by słuchacze łatwiej mogli się w niej odnaleźć lub mocniej w nią wejść? Nie ma w tym niczego złego. W końcu tekst piosenki to artystyczna forma wyrazu, która może sprawić, że ktoś poczuje lub zrozumie coś bardziej.

Natalia Przybysz: Zdecydowanie przejmuję się tym, jak moje piosenki będą oddziaływały na ludzi. W związku z tym, nie zrzucam im całego swojego „gruzu”, tylko bardziej, nawet myśląc o sobie, piszę piosenki, które będą dla mnie gdzieś przyjemne do śpiewania, będą przyjemne do słuchania i do ewentualnego wykonywania przez innych ludzi. Dlatego poniekąd staram się te zagięcia czy ostre krawędzie, które nas w życiu ranią, nieco zaokrąglać i wygładzać tak, żeby były łatwe – żeby można było się tego chwycić, coś zrozumieć, coś poczuć, czegoś dotknąć, ale nie zostać przez to zranionym.

Natalia Przybysz. O powierzchowności

Podobają mi się te słowa o zaokrągleniach. Osiągnęłaś wyjątkową pozycję, jeśli chodzi o bycie artystką w Polsce, dlatego, że gdy myślę o Twojej muzyce, to nie myślę o samym brzmieniu, ale właśnie o tekstach, a w zasadzie to jedynie o nich. Sądzę, że nie jestem w tym sam.

Niezależnie od tego anturażu dźwięków, z jakiego zbudowane są piosenki, to poniekąd nauczyłaś słuchaczy, by skupili się właśnie na przekazie. Czy taki był zamiar? Czy wolisz, aby ktoś powiedział o Twojej muzyce, że coś w nim zmieniła, w czymś mu pomogła, czy może wystarczy Ci, że dobrze spędził z nią czas?

Natalia Przybysz: To, co najbardziej mnie drażni w życiu w ogóle i w komunikacji z ludźmi, to jest chyba powierzchowność, jednowymiarowość. W relacji z ludźmi stawiam jednak na jakość, a nie na ilość. Choć wiem, że czasy są dosyć dziwne i bardzo dużo znajomości zawiera się też przez Internet, ja jednak wierzę w takie prawdziwe spotkania, szczerość i autentyczność przeżyć, wynikających z tego, że dzielimy się ze sobą swoimi uczuciami.

Tak, moment, w którym widzę, że ktoś pod sceną płacze albo całuje się z kimś, to naprawdę wywołuje u mnie taki dreszcz, który odczuwam całą sobą i cieszę się bardzo, że muzyka jakby dotyka człowieka i gdzieś coś uwalnia.

Natalia Przybysz - Fot. Barbara Wadach
Natalia Przybysz – Fot. Barbara Wadach

Natalia Przybysz. O uniwersalności

A jeżeli powiem Ci, że Twoja muzyka na tyle kogoś poruszyła, że postanowił ją zachować na własnym ciele? Znam osobę, która zainspirowana Twoją piosenką, uwieczniła jej artystyczną interpretację na własnej skórze. Spójrz.

Natalia Przybysz: Ooo, ale ładny! Oczywiście jest mi bardzo miło, ale ta piosenka jest na tyle uniwersalna gdzieś tam w swoim przekazie, że mówi o uniwersalnej więzi, którą po prostu wszyscy mamy, dlatego myślę, że to jest “bezpieczna treść” na tatuaż. (śmiech) Treść jest uniwersalna i to się nie zmieni – nie przeniesiemy się do innej galaktyki, gdzie inne kulki będą krążyć wokół nas.

Natalia Przybysz. O majestatycznej Hani

Porozmawiajmy przez moment o naszej wspólnej znajomej, mianowicie Hani Raniszewskiej. Czytałem historię Waszego poznania się i bardzo mnie to urzekło. Pięknie o niej napisałaś, używając określenia „mistyczna i minimalistyczna”. Rozwiniesz tę myśl?

Natalia Przybysz: Dorzuciłabym jeszcze jedno słowo na “m”, czyli „majestatyczna”.
Rzeczywiście jest tak, że muzyka Hani jest taka bardzo uduchowiona i uruchamiająca w słuchaczu, przynajmniej we mnie, jakąś taką uwewnętrznioną podróż, taki zew tęsknoty za naturą, przestrzenią, tlenem, wiatrem, morzem, bryzą. Z drugiej strony, jak poznaje się Hanię, to ja miałam z nią wrażenie takiej totalnej bliskości, prostoty, minimalizmu, że ona jest bardzo dobrze osadzona przy ziemi, jest dziewczyną z krwi i kości, jasną w komunikacji i bezproblemową, po prostu świetną osobą. Nie zachowuje się w jakiś ekscentryczny sposób, który mogłaby spokojnie kultywować robiąc taką muzykę.

To prawda. Zapytałem o to nie bez powodu, bo miałem okazję poznać Hanię z różnych stron, w tym też z zupełnie innej. Kiedyś, jadąc w taksówce na audycję, Hania opowiadała mi o swojej fascynacji rapem i techno, zdradziła też kilka tajemnic, związanych z projektami z udziałem znanych postaci polskiej sceny hip-hopowej i zastanawiam się, czy spodziewałabyś się czegoś takiego po Hani. Powiedziałaś, że jest ona taką osobą przyziemną i minimalistyczną, ale z drugiej strony, użyłaś także określenia “majestatyczną” i wydaje mi się, że to można też odnieść do jej potencjału. Ten jej potencjał i horyzont rozumienia i operowania dźwiękiem, tworzenia go, jest właśnie tak majestatycznie ogromny, choć… mówimy o dźwiękach minimalistycznych.

Natalia Przybysz: Wydaje mi się, że jej mocą jest to, że ona jest niesamowicie skupiona i czuć to, że cały czas myśli o swoich projektach. Na przykład przyjechała do mnie na próbę i pokazywała mi pozytywkę, taką maszynkę, którą można samemu analogowo zaprogramować, zrobić szabloniki, które ta pozytywka będzie później grać. Po miesiącu, widziałam jej kompozycje na Instagramie, że to już działa i gra. Widziałam ją na tropie artystycznego wynalazku, cały czas jakby węszącą jakąś następną, fascynującą przygodę muzyczną.

Natalia Przybysz - Fot. Barbara Wadach
Natalia Przybysz – Fot. Barbara Wadach

Natalia Przybysz. O języku

Na czym równie mocno potrafi skupić się Natalia Przybysz w procesie twórczym? Czy jest to moment obserwacji pewnych zjawisk, które następnie popychają Cię do napisania tekstu? Czy może już sam tekst i analizowanie tego, co miałoby się w nim znaleźć? Jakie emocje i jakie słowa? Mówimy o środku, którym posługujesz się w bardzo świadomy sposób, żeby coś zaokrąglić, uwypuklić – to wymaga pewnego skupienia się. Na którym z tych elementów pracujesz najmocniej?

Natalia Przybysz: Polski język jest fascynujący i z jednej strony daje bardzo dużo możliwości wyrazu, bo jest bardzo dużo onomatopeicznych słów i brzmi w sposób dość perkusyjny, więc dobór tych słów i kolorowanie ich samogłosek później, to jest coś, nad czym lubię się bardzo długo zastanawiać. Śpiewam i jak piszę sobie własny tekst, to sprawdzam którędy w danym słowie będzie przebijać się światło. Światło, głos, dźwięk, czy ta energia, ona się przesącza w słowach przez samogłoski, więc jakby dobierając słowa do śpiewania długich dźwięków, które ja z kolei bardzo lubię – soulowych, kolorowych, ciepłych – to muszę właśnie patrzeć, czy jest dużo dziurek, szczelin, przez które to można zaśpiewać. Na szczęście jest tak, że sama piszę sobie teksty i dzięki temu mam dopilnowane to, na co sama najmocniej zwracam uwagę.

Wyobraziłem sobie to światło, przebijające się przez te słowa. Przemawia do mnie taka argumentacja.

Natalia Przybysz: Tak, spółgłoski są takimi progami, a samogłoski są miejscem na energię dźwięku, na wibrację, na kolor, na wysokość dźwięku. Spółgłoski są tylko takim „triggerem”, albo gumką w procy – można ją bardziej lub mniej napiąć. Cała zagwozdka polega na tym, aby w tej zwrotce czy refrenie o coś chodziło i żeby nie wynikało to tylko ze spółgłosek, ale też z treści, więc nad tym tak usilnie ślęczę.

Natalia Przybysz. O cielesności

Pozwolę sobie wrócić jeszcze na chwilę do Hani, w związku z jednym wątkiem. Bardzo poruszył mnie fragment, w którym opisałaś to, co wydarzyło się, gdy Hania położyła głowę na Twoim ramieniu. Przyznam, że kiedy to czytałem, poczułem pewne ogromne wzruszenie, że ktoś w taki sposób potrafi napisać o kontakcie z drugą osobą, w dodatku wówczas jeszcze sobie obcą.

Zastanawiam się, czy bardziej boimy się tej cielesności w chwili pierwszego spotkania, czy może po prostu nie potrafimy się z tą cielesnością w ogóle obchodzić ani za pierwszym, ani za setnym razem?

Natalia Przybysz: W zasadzie przez pół roku jest u nas zimno. Przez pół roku, gdy jest cieplej, to trochę się otwieramy, topniejemy, rozgrzewamy i zaczynamy trochę tańczyć, a potem znowu musimy się ubrać w wiele warstw i się od siebie pooddalać, zawarstwowić. Jako kultura, nie jesteśmy zbyt otwarci właśnie na kontakt fizyczny – mamy bardzo małe grono ludzi, z którymi się jakoś dotykamy. Na przykład w Indiach widać, że gdy jest się w pociągu ludzie opierają sobie o ciebie rękę, po prostu dlatego, że jesteś obok. Albo ktoś nagle zasypia ci na ramieniu w autobusie. Tak na całkowitym rozluźnieniu. To jest dla nich miękkie, naturalne.

Powiem szczerze, że jestem kinesetykiem, czyli moim naczelnym kanałem percepcji świata jest dotyk, dlatego w przypadku muzyki, więcej daje mi to, co ja czuję, niż to, co słyszę albo wiem. Jak mogłam w ten sposób poznać Hanię, to też dowiedziałam się czegoś o sobie – że to jest dla mnie super, by mieć tak wspaniałą możliwość zacząć znajomość z człowiekiem.

Jak obserwuje się zwierzęta, one dużo więcej się ocierają z nieznajomymi, dotykają, niuchają, a my musimy wszystko bardziej odbierać i przekazywać poprzez wzrok, słowa… Wiadomo, wydawać by się mogło, że to świadczy o tym, że jesteśmy bardziej zaawansowani. Ale może właśnie nie, bo jesteśmy bardziej oddzieleni od siebie? Dla zwierząt język ciała, sposób, w jaki poruszają się osobniki, ma dla nich znaczenie. Można oszukać psa, że nie jest się sobą, jeśli się idzie nie swoim krokiem. Można go choreograficznie zmylić z odległości, że jest się zupełnie innym człowiekiem, można udać, że się nie boisz psa, mimo, że się go boisz, bo podejdziesz do niego pewnym krokiem.

Zgadza się, ale człowieka chyba też można tak trochę oszukać, prawda?

Natalia Przybysz: Myślę, że też, ale tak mało świadomie z tego korzystamy.

Czy pojawi się coś więcej od duetu Natalia Przybysz i Hania Rani?

Natalia Przybysz: Nie wiem. To znaczy, mam nadzieję, że gdzieś tam jeszcze w tym życiu coś zrobimy, bo powiedziałam, że jestem do jej dyspozycji i teraz po jej stronie jest decyzja, czy kiedyś będzie mnie potrzebować, czy nie. Jeśli tak, to ja jestem.

MTV Unplugged - Fot. Barbara Wadach
MTV Unplugged – Fot. Barbara Wadach

Natalia Przybysz. O prądzie

Skupmy się na albumie MTV Unplugged. Sama perspektywa nagrywania albumów live, w pewien sposób tak bardzo, jak mnie podnieca, to tak samo przeraża. Który z tych najbardziej nieprzewidywalnych w trakcie grania na żywo elementów, lubisz najmocniej? Co nakręca Cię w tym zjawisku najsilniej? Czy jest to ta możliwość interakcji na scenie z innymi muzykami, stworzenie czegoś pod wpływem jakiegoś prądu lub emocji? Czy może właśnie jakiś impuls wypływający od ludzi, który sprawia, że coś postanawiasz zmienić, jakiś dźwięk przeciągnąć lub skierować go tylko do jednej osoby?

Natalia Przybysz: Myślę, że wszystko to, o czym mówiłeś, jest gdzieś istotne i składa się na niepowtarzalność danej chwili.

Ciężko jest jednoznacznie wskazać jeden element, bo każdy uczestniczący w tym przedsięwzięciu, jest osobnym kosmosem, w którym z kolei dzieją się osobne sprawy. Każdy z muzyków na scenie jest w swoim stanie, natomiast gdzieś się spotykamy, skupiamy się na takim „tu i teraz”, wchodzimy do piosenki razem, w tym składzie i z tymi ludźmi z publiczności. Widzimy operatora, który też jest skupiony, każdy trzyma kciuki, żeby to się udało, więc ta wspólna intencja działania w jednym kierunku, w jednej sprawie, dążenie do jakiejś idealnej mandali, która za sekundę zniknie, to jest magia tworzenia czegoś, czego nie musimy tworzyć.

Sztuka jest zgoła czymś takim mniej potrzebnym niż jedzenie. Myślę, że to jest najpiękniejsze w byciu człowiekiem, że tworzymy sztukę tu i teraz, wszyscy razem, jesteśmy w piosence, chociaż tak naprawdę nie musimy. Robimy to dlatego, że jesteśmy wolni, że możemy, że chcemy poczuć jedną, wspólną świadomość. Czasami to się udaje – jest poczucie takiego przepływu, jedności. Może to trwać jedną chwilę, parę sekund piosenki, a może trwać dłużej. To takie poczucie przepływu, gdzie nagle wszyscy trochę czytają sobie w myślach, czują swoje emocje nawzajem, coś się uwalnia. To jest taka magiczna chwila.

MTV Unplugged – Fot. Barbara Wadach

Natalia Przybysz. O ruchu energii

Zapoznając się z tym materiałem, czasami miałem wrażenie, słuchając danej partii w Twoim wykonaniu, jakbyś nagle złapała z kimś jakąś nić porozumienia i chciała zaśpiewać dany fragment tylko dla tej osoby. Jakbyś rozmawiała z tą osobą, a nie jedynie śpiewała. Czy takie momenty rzeczywiście się zdarzają?

Czasem, kiedy śpiewasz, to mam wrażenie jakby dana partia nagle zmieniała swój charakter w stosunku do całej piosenki, i była wyśpiewywana dla kogoś. Nie potrafię opisać tego inaczej, ale momentami właśnie tak to odbierałem – jakby był jakiś adresat, na scenie lub przed nią.

Natalia Przybysz: Rzeczywiście niesamowitą maszyną jest mikrofon, który jest zainstalowany tak, że wielkie głośniki, skierowane ze sceny wprost na ludzi, wzmacniają ten dźwięk. Mój nauczyciel śpiewu zawsze mi mówił „tam gdzie patrzysz, tam wysyłasz swoją intencję”. Wiem to od dziecka, że mogę wysyłać dźwięk daleko. To jest coś, czego mi teraz brakuje – koncertów, żeby móc swoją świadomość wysyłać gdzieś w przestrzeń, po wielkich salach, gdzie powstaje elektryczny wiatr z tych głośników, który niesie za sobą dźwięk i może go nieść jeszcze dalej. To jest po prostu wspaniałe uczucie, takie latające, bo jestem tym dźwiękiem, który emituję, więc mogę polecieć dalej do kogoś.

Oczywiście piosenki, które piszę, są mi nie tylko potrzebne do śpiewania – pomagają mi. Pod przykrywką postaci, które kiedyś były inspiracją do napisania piosenek, mogę wrzucić dziś kogoś innego i przerobić coś, wyleczyć. Jakaś fraza z piosenki staje się czasem dziwnie aktualna, na nowo, w ogóle w innym dla mnie znaczeniu po paru latach od napisania jej. Wówczas mam na koncercie taki problem, że chce mi się płakać, a przecież koncert jest dla ludzi i nie mogę tego zrobić.

Z kolei czasem jest tak, że gdy jestem zła na kogoś, potrafię użyć emocji złości, wściekłości, zaśpiewać coś w inny sposób. Ten sam prąd może być użyty w zależności od intencji, dlatego, że jest cienka granica między nienawiścią a miłością. Mam wrażenie, że to czasami taki atmosferyczny ładunek, który musi się gdzieś wyładować w postaci burzy. Ze śpiewania piosenek, nawet takich o dużej miłości, czasem czerpię bardzo dużo ze złości, dlatego, że to jest potrzebne, żeby wykrzesać z siebie ten prąd. Nie można powiedzieć, czy prąd jest dobry czy zły. On jest po prostu potrzebny, musi być ruch energii.

Mam ze śpiewaniem właśnie tak, że ta maszyna musi po prostu działać, bo jak nie płynie energia, to następuje jakieś obumieranie, pojawia się jakaś blokada, jakiś rodzaj dolegliwości, czy choroby. Joga też na tym polega, żeby udrożnić przepływy.

Natalia Przybysz. O uduchowieniu

Wspominasz o prądzie w sobie samej i między osobami, z którymi stoisz na scenie. W przypadku MTV Unplugged były to osoby kompletnie nieprzypadkowe – zarówno te, które towarzyszą Ci w przygodzie z muzyką niemal od początku, jak i takie, z którymi choć znasz się krótko, to – jak w przypadku Hani – od razu znalazłaś wspólną płaszczyznę.

Natalia Przybysz: Ten prąd nie interesuje się tym, czy jego przekaźniki się znają. Te sprawy nie mają znaczenia. Albo jest przepływ, albo go nie ma.

MTV Unplugged - Fot. Barbara Wadach
MTV Unplugged – Fot. Barbara Wadach

Czy ktoś mówił Ci już, że opowiadasz o muzyce w tak uduchowiony sposób, jak ją tworzysz? Na sam koniec powiem Ci o czymś, o czym chyba nie mówiłem nikomu. Gdy miałem 14 lat, byłem na obozie i wówczas zadurzyłem się w dziewczynie po tym, jak na – nazwijmy to – obozowym „talent show” zaśpiewała Sutrę. Zastanawiam się, jaką piosenkę trzeba byłoby zaśpiewać dla Natalii Przybysz, żebyś zadurzyła się w wykonawcy lub wykonawczyni?

Natalia Przybysz: Kurczę, od razu mogę powiedzieć, że jeśli piosenkę “nie własną”, to na przykład Michaela Kiwanuki albo jakiś standard Cheta Bakera. Lubię takie głosy.

Jest taka płyta Jerz Igor i jest tam piosenka Dom, którą śpiewa Igor Nikiforow. On tak śpiewa, że to jest dla mnie koniec świata.

Ostatnio też, w ramach Norblina Music MasterClass, odkryłam pewnego 18-letniego człowieka, chłopaka, który tak śpiewa i jest tak dojrzały emocjonalnie i świadomy muzycznie, że wywołuje we mnie uczucia poruszenia i wzruszenia. Myślę, że o tym chłopcu będzie niedługo bardzo głośno. Muszę do tego doprowadzić, żeby on został dostrzeżony przez nasz kraj, jeżeli w ogóle chce ograniczyć się tylko do naszego kraju! Jest turbotalentem. Nie zdradzę jeszcze, kto to, ponieważ do końca nie wiem, na jakim etapie eliminacji jesteśmy i tak dalej, ale on jest po prostu cudem.

Jeszcze była pewna dziewczyna, która tak pięknie śpiewała, rapowała, robiła niesamowite rzeczy. I jeszcze jeden chłopak. Przesłuchałam czterysta zespołów i solistów, i dla tych trzech osób warto było przez to przejść, a nie było to łatwe, ani dla uszu, ani dla psychiki. Jestem podekscytowana, że są takie młode osoby w Polsce, gdzieś w małym mieście. Chciałabym im uchylić nieba, żeby im się udało zacząć żyć z tego, a jednocześnie żeby mieli na swojej ścieżce dużo szczęścia i pomyślnych dusz, a nie na przykład zjawisk niebezpiecznych, tudzież kapitalistycznie uniemożliwiających lub programujących sukces. Żeby zachowali jak najdłużej swoją niewinność i człowieczeństwo, a nie stali się produktami.

Myślę, że dzięki Tobie mają z kogo czerpać inspirację nie tylko na scenie – jesteś świetną przewodniczką, zarówno w aspektach czysto muzycznych, ale także w zakresie sfery duchowej.

Natalia Przybysz: Tak myślę, że nawet opiekuńczo mogłabym ich wspierać, na przykład przy doborze ludzi, z którymi mogliby pracować, których znam dużo i z którymi wiem, że jest dobrze, że komunikacja jest prawidłowa. Moim zdaniem muzycznie są już teraz totalnie wybitni.

Natalia Przybysz – MTV Unplugged

Natalia Przybysz – 4 września – Gdańsk – bilety

Artystka wystąpi w Gdańsku w klubie B90 już 4 września z kontynuacją swojej trasy Jak Malować Ogień. Wejściówki na wydarzenie są dostępne na stronie Biletomat.pl

Zaczęło się od Black Mirror, było o szczerości w muzyce i Hani Rani, a skończyło się na ostatniej płycie, cielesności, sferze duchowej i przepływie energii. Natalia Przybysz sprawiła, że wywiad popłynął z prądem w nieoczywiste, momentami abstrakcyjne, lecz zawsze ciekawe kierunki. Punktem wyjścia do naszej rozmowy miał być album nagrany w ramach MTV Unplugged, lecz […]

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Sprawdź także

Natalia Przybysz | 4 września | Gdańsk B90

Biletomat.pl
89 PLN
Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.