Iluzja 2: Magicy z talent show [recenzja]


13 lipca 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Konsultantem na planie był sam David Copperfield, ale ani przez chwilę nie ma się poczucia obcowania z czymś magicznym. Iluzja 2 przypomina raczej talent show z opłaconymi klakierami: w tym miejscu masz się śmiać, tutaj wstrzymywać oddech, a tam bić brawo.

Jon M. Chu to facet, do którego w Hollywood dzwoni się, gdy trzeba bez zbędnych ceregieli zdyskontować jakiś sukces. Taneczny Step Up okazał się hitem? Jon kręci dwa sequele. G.I. Joe zarobił niezłą kasę? Jon robi G.I. Joe: Odwet. Justin Bieber rozkochał w sobie rzesze nastolatek? Jon jedzie z Bieberem w trasę i kleci dwa bajeranckie dokumenty.

Podobny schemat zadziałał i w przypadku Iluzji. Oryginalny film, na pierwszy rzut oka dość niepozorny, zawojował przed trzema laty box office w stopniu niespodziewanym dla samych producentów. Dlaczego by więc nie pójść w całą franczyzę? W coś à la Ocean’s Eleven z magikami, Szybcy i wściekli bez samochodów, Avengers bez Hulka – ale z Bruce’em Bannerem (ha!).

W tym miejscu wkracza wyrobnik Chu ze swoją sztancą i złotą zasadą sequeli: szybciej, głośniej, więcej. Lepiej? Niekoniecznie. Zwroty akcji w drugiej Iluzji – przeważnie absurdalne – następują co kilkanaście minut, ale żaden nie robi takiego wrażenia, jak finałowy twist z „jedynki”. Efekty są bardziej spektakularne, za to mniej analogowe niż uprzednio, trudno więc ekscytować się fruwającymi w powietrzu taliami kart, gdy CGI jest tak ewidentne.

Ekipa współczesnych Robin Hoodów, która w części pierwszej kiwała bezdusznych kapitalistów w Las Vegas, Nowym Jorku i Nowym Orleanie, tym razem robi to w skali globalnej – od Makao po Londyn. Tyle że zmieniające się jak w kalejdoskopie scenerie nie są w stanie zrekompensować nieświeżości samych sztuczek magicznych – a to w końcu te ostatnie stanowią clou filmu. Ciężko też sobie wyobrazić bardziej osłabiające przerzucenie pomostu pomiędzy odcinkami – Morgan Freeman po prostu streszcza do kamery wydarzenia z pierwowzoru.

Dobra zmiana

Film ratują sympatyczni bohaterowie, którzy znów z powodzeniem realizują schematy grupowych relacji typu „kto się czubi, ten się lubi” i „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – analogicznie jak we wspomnianych cyklach o szajce Danny’ego Oceana, szalonych drifterach czy herosach Marvela.

Do swoich ról powrócili Mark Ruffalo, Jesse Eisenberg, Woody Harrelson i Dave Franco, natomiast Islę Fisher zastąpiła Lizzy Caplan, gwiazda Masters of Sex (jest w Iluzji 2 żartobliwe nawiązanie do serialu). I choć „dobra zmiana” nie budzi ostatnio najlepszych skojarzeń, ta jest autentycznie korzystna: ekstrawertyczny charakter i niepohamowany entuzjazm granej przez aktorkę Luli wprowadza nieco kolorytu tak do tyleż zmaskulinizowanej, co smętnej ekipy prestidigitatorów, jak i do samej fabuły, gdzie klisza kliszę pogania.

Ekstrawertyczny charakter i niepohamowany entuzjazm granej przez aktorkę Luli wprowadza nieco kolorytu tak do tyleż zmaskulinizowanej, co smętnej ekipy prestidigitatorów, jak i do samej fabuły, gdzie klisza kliszę pogania.

Mieszane uczucia budzi za to brodaty Daniel Radcliffe w roli głównego złoczyńcy: niby widać, że aktor doskonale się bawi swoją zamierzenie karykaturalną postacią, niemniej w niektórych wejściach szarżuje na poziomie Kena Jeonga z Kac Vegas – o jeden stopień przerysowania za daleko. Notabene, w tej części filmu Chu, która rozgrywa się w Makao, pojawia się cokolwiek konfundujący gag z kolażem zdjęciowym, bezpardonowo zerżnięty od Todda Phillipsa.

Ostatecznie Iluzja 2 nie jest ani tak kiepska, żeby do niej zniechęcać, ani tak udana, żeby ją polecać. Odgrzewany kotlet z królika nie stanie się nagle rarytasem tylko dlatego, że królik jest z kapelusza, nie czarujmy się.

Od Batmana do Hobbita. 10 złych sequeli i remake’ów

Podoba Ci się ten artykuł? Polub Rytmy.pl na Facebooku.

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: