5 zjawisk, które zdefiniowały pop w 2016 roku


19 grudnia 2016

Podziel się newsem:

Chyba już wszyscy zgodnie możemy przyznać, że 2016 rok zapisze się w historii jako kuriozum. Nie tylko jeśli chodzi o politykę, ale też muzykę popularną, która znalazła się w ostatnich dwunastu miesiącach na zakręcie.

1. Gwiazda roku: Śmierć

Ostatnie dwanaście miesięcy zdominował zeitgeist końca epoki. Ciężko się dziwić, bo 2016 rok zabrał nam ikony popkultury, o których jeszcze niedawno myśleliśmy, że będą żyć wiecznie. Zaczęło się jeszcze 28 grudnia 2015 roku wraz ze śmiercią Lemmy’ego Kilmistera, a kolejne miesiące pamiętamy aż za dobrze. David Bowie, Prince i Leonard Cohen zostawili nas z wyrwą w sercu i wątpliwościami, czy znajdzie się ktoś godny, by ich zastąpić. Pojawienie się artystów, którzy byliby w stanie nie tylko porwać swoją muzyką miliony ludzi, ale też nieustannie zmieniać się i przekraczać granice gatunkowe, wydaje się dzisiaj zupełnie nieprawdopodobne.

 

2. Sztuka przed duże G

W 2016 roku artyści głównego nurtu nie ustawali jednak w przekonywaniu nas, że wciąż są ważni i że nie tylko są dziewczynami i chłopakami, którzy grają fajne piosenki, ale że mają też do przekazania KOMUNIKAT, a ich muzyka to SZTUKA. Nie wiem, jak dla was, ale dla mnie te wszystkie albumy wizualne, zwłaszcza Frank Ocean budujący schody przed 60 minut, to rzeczy koszmarnie nudne. Im bardziej wokaliści i raperzy konceptualizują swoją twórczość, im częściej aspirują do wysokiej sztuki, tym bardziej mam wrażenie, że nie o żadną sztukę tu chodzi, ale o robienie buzzu na stronach z gifami i memami. A przede wszystkim – o sprzedanie dodatkowego contentu w sklepach internetowych i streamingu. 2016 rok pokazał nam zresztą, że bajka o jednej wirtualnej bibliotece, w której mamy dostęp do wszystkich płyt świata, już się skończyła.

 

3. Atak amatorów

Kiedy jednak artyści, którzy debiutowali zwykle w czasach MTV, bawią się w koncept-wideoalbumy, bardziej tradycyjne popkulturowe pole do popisu biorą we władanie amatorzy. Zdominowanie szczytu Billboardu przez 12 tygodni (!) piosenką z idiotycznym refrenem opartym na tych samych trzech nutach, co równie odrażający syntezatorowy mostek, nagraną przez dwóch pozbawionych talentu i jakichkolwiek skrupułów frat bros – to był moment, w którym branża muzyczna powinna się co najmniej zastanowić, co poszło nie tak. Po co kiedykolwiek starała się, by pop miał jakąkolwiek muzyczną wartość, skoro można masom sprzedać takie gówno, którego koszty stworzenia są przecież zerowe? Wkładasz zero, wyciągasz miliony – to przecież najlepszy biznes na świecie. Najbardziej symboliczny moment roku? Występ Chainsmokers na gali MTV VMA – w ciągu 3 minut kolesiowi udało się zredukować światowe wydarzenie muzyczne do rangi lokalnego konkursu karaoke.

 

4. Meme challenge

Paradoksalnie najgorszy singiel roku został strącony ze szczytu Billboardu przez jeden z najciekawszych singli tych dwunastu miesięcy. Sposób, w jaki tego dokonano, najwięcej mówi jednak o epoce, w której żyjemy. Rae Sremmurd zawdzięczają ten sukces nie obezwładniającej przebojowości ich kawałka (choć na pewno jest przebojowy), ani nie konkretnej promocji w mediach, ale temu, że „Black Beatles” był podkładem muzycznym memu. Pamiętacie jeszcze, jak muzyka nie pełniła tylko roli tła do filmiku zalewającego nas w social media, ale sama była viralem?

 

5. W rozkroku

A skoro jesteśmy przy viralach (brr…) – w zupełnie w zaskakujący sposób końcówkę 2016 roku w social mediach zdominowała Madonna. Gwiazda, której bliżej do artystów z punktu pierwszego (to nie przytyk, a fakt), niż do muzyków-memów, otrzymała nagrodę Woman of the Year Billboardu. W roku, w którym wszyscy ogłupieli i nawet w tekstach w poważnych mediach o płycie Beyonce krytycy z zachwytem rozpisywali się o zemście piosenkarki za zdradę, rzadko mając jakieś ciekawe spostrzeżenia na temat samej muzyki, dosyć dziwne jest to, że branża muzyczna przyznała nagrodę piosenkarce, która w 2016 roku nie wydała nawet płyty.

No dobra, to nie jest aż tak dziwne, bo większość nagród to pic na wodę, fotomontaż, dobrze o tym wiecie. Madonna nie powiedziała w swojej słynnej już przemowie niczego, czego nie mówiłaby do tej pory. Ale może właśnie to było nam potrzebne – powiedzenie wprost, jak jest. Koniec końców mam wrażenie, że wystąpienie Madonny nieźle podsumowuje nie tylko jej własną karierę, ale też całą popkulturę, a właściwie tę część, której sama jest symbolem – epokę charyzmatycznych postaci i globalnych ikon. Popkulturę, która chyba odchodzi do lamusa. Na razie jednak pop, tak jak i jego ikona, stoi w rozkroku – między sztucznie przeciąganą w czasy YouTube’a profesjonalną epoką MTV, a erą amatorskiej tymczasowości, snapchata i muzycznych memów. Chociaż dzisiaj wydaje się przesądzone, w którą pójdziemy stronę, ostatecznie chyba rozstrzygnie to dwanaście miesięcy, które dopiero przed nami.

Chyba już wszyscy zgodnie możemy przyznać, że 2016 rok zapisze się w historii jako kuriozum. Nie tylko jeśli chodzi o politykę, ale też muzykę popularną, która znalazła się w ostatnich dwunastu miesiącach na zakręcie. 1. Gwiazda roku: Śmierć Ostatnie dwanaście miesięcy zdominował zeitgeist końca epoki. Ciężko się dziwić, bo 2016 rok zabrał nam ikony popkultury, […]

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Sprawdź także