Smutek i żal okryte płaszczem w pasky – wywiad z Mery Spolsky


14 grudnia 2019

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Wzbudza skrajne emocje, ale właśnie to jej odpowiada. Na swoją Pielgrzymkę Spolsky zaprosiła tysiące fanów, którzy wspólnie z nią wyznają przykazania zawarte w Dekalogu Spolsky, a pasky i czerwień wypełniają kluby w całej Polsce.

Mery Spolsky to z pewnością jeden z fenomenów ostatnich czasów na naszej scenie muzycznej. Niedawno zaprezentowała swój najnowszy materiał w Poznaniu, podczas koncertu w klubie Blue Note. Był szau i morze ludzi, którzy szaleli pod sceną w rytm przebojów Spolsky.

Jaką drogę Mery musiała przejść, aby znaleźć się tu, gdzie jest? Czy łatwo jest być Mery Spolsky i co artystka szykuje dla nas w najbliższej przyszłości? O to wszystko udało nam się ją zapytać!


Mery Spolsky – wywiad

Weronika Szymańska: Cały czas patrzysz na życie przez różowe okulary?

Mery Spolsky: Już teraz czerwone. Jak zawsze muszę mieć na głowie jakieś dziwactwa, ale już nie różowe i słodkie tak jak moja przeszłość muzyczna, gdzie eksperymentowałam w bardzo skrajnych kierunkach. Wtedy były i rockowe klimaty, i właśnie zespół Różowe Okulary do którego pewnie nawiązujesz, ale teraz jest już tylko czerwień, czyli ostre i bardzo przemyślane teksty.

Faktycznie nawiązuje do Twojej przeszłości, bo śpiewałaś wtedy w jednym z utworów, że będziesz gwiazdą. Trochę Ci się to udało zrealizować.

Mery Spolsky: Akurat wtedy to był nasz żart z ówczesnym gitarzystą. Chcieliśmy stworzyć taką balladę o gwiezdnym pyle, o jakimś kosmicznym pojęciu i ja wpadłam na to, że można by trochę poigrać ze słuchaczem i użyć właśnie tego zwrotu, że będę gwiazdą. Cały tekst opiera się na tym, że chodzi o tę gwiazdę na niebie i że ulotnię się w kosmiczny pył, ale jak się słyszy sam tytuł Będę gwiazdą to wydźwięk faktycznie jest jednoznaczny. Nie nazwałabym się nią jednak ani wtedy ani teraz. To takie dziwne nazwać się gwiazdą. Trochę egoistyczne wręcz, ale na pewno dużo się zmieniło od tamtego czasu.

Posłuchaj Mery Spolsky w zespole Różowe Okulary

No właśnie, czemu w pewnym momencie zdecydowałaś się postawić wszystko na jedną kartę i jednak rozpocząć karierę solową?

Mery Spolsky: Zawsze marzyłam o tym, żeby robić muzykę, pisać swoje teksty. Robiłam to odkąd dostałam gitarę. Na początek pociągnęło mnie bardziej w stronę rocka. Ten klimat mi odpowiadał, ale czułam, że w rocku nie ma miejsca na moje teksty, ponieważ jak graliśmy na małych salach to bębny często zagłuszały mój wokal. Czułam, że to nie jest muza, w której ludzie słyszą o czym ja śpiewam, a dla mnie najważniejsze było właśnie to, więc zaczęłam iść w bardziej akustyczne brzmienia – gitara akustyczna i ja solo na scenie. Ten klimat wydawał mi się z kolei zbyt spokojny jak na mój temperament, w związku z tym doszłam do takiego kompromisu, że będzie to muzyka elektroniczna. W niej jest czasem miejsce na wyjęcie gitary i zagranie piosenki pod jakiś chilloutowy bit, ale jest też moment na tak zwane większe pierdolnięcie. Rocka nadal bardzo lubię. Nawet teraz, na trasie Bigotka Tour gram znowu na gitarze elektrycznej i pojawiają się niektóre rockowe momenty. To chyba ze mnie nie wyjdzie, ale teraz jest przynajmniej miejsce na ten tekst, który śpiewam, wreszcie go słychać.

Kontrowersje wokół Pana, którego miło było poznać

Jak wydawałaś swoją debiutancką płytę to czułaś, że dużo ryzykujesz? Nie miałaś obawy, że ludzie Cię odbiorą jako skandalistkę, między innymi właśnie przez te bezpośrednie teksty?

Mery Spolsky: Nie przyszło mi w ogóle do głowy, że one są zbyt wprost. Czułam, że po prostu napisałam sobie jakieś historie, które są akurat o mnie, ale nie spodziewałam się, że ludzie będą tak bardzo szukać jakiejś kontynuacji albo odpowiedzi na to kim jest Pan, którego miło było poznać. Okazuje się, że wyszło mi to na dobre, że jest to szczera płyta, bo ludzie przynajmniej od razu poznali mnie taką, jaką jestem. Nie obawiałam się wtedy. Działałam pod wpływem impulsu, że zrobiłam te dziesięć piosenek na płytę i chciałam, żeby one wyszły, bo zawsze marzyłam o tym, żeby wydać płytę. Oczywiście piosenek miałam milion wcześniej w swojej szufladzie, ale te konkretnie powodowały jakąś magię, szczególnie, kiedy pokazywałam je znajomym. Wypytywali się co to, prosili, żebym im to podesłała mailem, żeby sobie mogli słuchać. To mnie tknęło, że może właśnie te moje prywatne historie, w których nie owijam w bawełnę najbardziej trafiają do ludzi i jest to coś, co jest dla nich zrozumiałe. Wcześniej moje teksty były dosyć poetyckie, bardzo przemyślane i nie trafiały chyba aż tak, jak właśnie ta historia o Panu, którego miło było poznać.

Dzisiaj już ludzie się do Ciebie przyzwyczaili? Wiedzą, że Mery jest taka a nie inna i z czym to się je, czy cały czas spotykasz się z opiniami, że to co robisz jest kontrowersyjne? Może nawet z hejtem?

Mery Spolsky: Z hejtem się nie spotykam ze strony osób, które mnie kojarzą. Druga płyta nie była dla tych, którzy pojawili się przy pierwszej jakimś zaskoczeniem. Wiadomo jednak, że nie zna mnie cała Polska, w związku z tym jeżeli pojawia się nowy słuchacz to są różne zdania. Zawsze podkreślam, że lubię jeśli ktoś ma o mnie jakieś mocne zdanie w jedną lub w drugą stronę. Nie cieliste, że po prostu jestem spoko, tylko wole posłuchać, że albo jestem do dupy, albo jestem świetna. Skrajności mi odpowiadają. Zdarzają się czasem hejty, ale to w szczególności jak wystąpię gdzieś w programie typu Dzień Dobry TVN, czy dla Big Brothera. Wtedy wśród tamtych widzów ujawnia się taki hejt typu „co to za gówno?”, ale byłam na to przygotowana. Zauważyłam, że to są ludzie, którzy się nie przyglądają, tylko już z góry komentują źle. Nie dopadł mnie jakiś hejt za teksty, czy za to jaka jestem. Myślę, że ludzie skumali, że to jest u mnie żart, że to wszystko ma być właśnie takie luźne i że wulgaryzmy oraz brzydkie słowa są po protu zabiegiem stylistycznym, bez którego moje piosenki byłyby niedopowiedziane, mdłe i niedokończone. W związku z tym musi być czasem to słowo na „K”.

Szau w pasky, czyli styl Spolsky

Czujesz się w Polsce kimś w rodzaju prekursorki, w takim sensie, że wnosisz na nasz rynek muzyczny coś nowego i otwierasz słuchaczom głowy na tę inną formę muzyki?

Mery Spolsky: Nie czuję się, ale bardzo chciałabym kiedyś mieć łatkę osoby, która pisze bardzo dobre teksty. Chciałabym być tekściarką i móc pisać te teksty różnym innym artystom. Oczywiście moim marzeniem jest też stworzyć swój własny styl, tak jak Die Antwoord mają ten swój „zef”, gdzie po ciuchach, po klipach, po ich slangu od razu wiesz, że to oni. Bardzo chciałabym też mieć coś takiego i myślę, że na tyle ile potrafię to się konsekwentnie wytwarza, ponieważ ludzie mówią do mnie moim językiem, tak zwanym „językiem Spolsky” i wtrącają różne moje ulubione powiedzonka, ubierają się na koncert w paski… Ale czy jestem prekursorką? Raczej nie. Dopiero przecieram ten szlak i mam nadzieję, że za kilka lat będę mogła powiedzieć, że to jest po prostu styl Spolsky.

Lubię spojrzeć ludziom w oczy

W tekstach opisujesz swoje prywatne historie. Jak to jest, kiedy musisz wyjść na scenę, spojrzeć ludziom w oczy i niejako obnażyć się przed nimi?

Mery Spolsky: To najmilszy moment, kiedy mogę śpiewać patrząc właśnie w oczy. Lubię to robić i nie uciekam od twarzy ludzi, nawet jak widzę, że czasem na koncert przyszedł ktoś, kto nie zna mojej muzy i widzę po nim, że jeszcze nie jest przeze mnie kupiony. Wtedy bardzo lubię spojrzeć mu prosto w oczy i zazwyczaj pod taką presją ta osoba uśmiecha się do mnie i to rozładowuje napięcie. Ręce przestają już być złożone w tak zwaną pozycję do obczajania tylko jest większa sympatia w moim kierunku. Lubię to robić nawet jak są to emocjonujące teksty tak jak na przykład utwór Szafa Mery Spolsky. To jest balladowy utwór, bardzo osobisty i widzę, że ludzie to przeżywają. To mnie napędza i powoduje takie ciarki, że w tym momencie ci ludzie weszli w tę moją historię. Nie czuję tego tak, że kolejny raz się przed nimi otwieram i ta rana znowu krwawi, tylko mam satysfakcję, że tu i teraz przeżywam taki emocjonalny wstrząs w ciele, a ich też to wzrusza. Jak czuję, że kogoś wzruszyłam to mam właśnie taką miłą satysfakcję, a nie smutek, czy jakiś powrót tamtych wspomnień z przeszłości. Umiem to chyba rozdzielić.

Natalia Przybysz w jednym z wywiadów powiedziała coś podobnego, że dla niej to jest najlepsze uczucie jak widzi, że ktoś na jej koncercie płacze, bo to znaczy, że udało jej się wywołać u odbiorcy jakieś emocje.

Mery Spolsky: To jest miłe. Ja też czasem płaczę na koncertach i zdarza mi się to zrobić nawet na koncercie osoby, której nigdy w życiu nie słuchałam, ale sam koncert wywołał łzy. Taką osobą był kiedyś Janusz Radek, taki wokalista bardziej z aktorskiego środowiska. To że jego koncert mnie tak wzruszył sprawiło, że pamiętam go do dziś, a to było kilka lat temu. Więc podpiszę się pod zdaniem Natalii, że jeżeli widzę u kogoś łzy to jest to zwycięstwo. Mimo tego, że ktoś popłakał, to mam wrażenie, że jest to spowodowane tym, że coś poczuł, a nie że było mu źle.

Szafa Mery Spolsky – posłuchaj!

Teksty, za które zbierasz tyle pochwał, Twoja gra słów, to jest coś co miałaś zawsze, jakiś talent, czy część warsztatu, którą sobie wypracowałaś?

Mery Spolsky: Pewnie praktyka spowodowała, że idzie mi to dosyć łatwo, bo piszę od bardzo dawna i chyba też moja sympatia do pisania. Pamiętam, że zawsze kochałam pisać wypracowania na języku polskim i zgłaszać się na jakieś konkursy z wierszami. Miałam taką ulubioną grę jak byłam bardzo mała, że bierze się jedno, długie słowo i z jego liter próbujesz ułożyć jak najwięcej innych wyrazów. Zawsze lubiłam grzebać w tych słowach, szukać dziwnych, nieoczywistych rymów. Fakt, że to bardzo lubiłam plus to, że robię tego dużo spowodowało, że w tekstach czuję się mocna, ale nie czuję się jeszcze totalnym ekspertem. Nie wiem czy kiedykolwiek da się być z tego ekspertem. Raczej chyba sukcesy, które miałoby się na koncie, na przykład, że napisałam taki tekst dla takiej artystki, będą takim certyfikatem, że piszę dobre teksty. Trzeba też umieć pisać różne teksty, nie na jedno kopyto.

Miałaś już jakieś przygody z pisaniem dla kogoś?

Mery Spolsky: Miałam i bardzo mi się to podobało. Niestety nie wyszło dużo z tych rzeczy, niektóre zostały w szufladzie. Jednak było to bardzo dobre doświadczenie, bo trzeba było wejść w głowę tej drugiej osoby i zastanowić się czy niektóre słowa nie będą brzmiały głupkowato w kontekście na przykład danego wizerunku. Okazywało się, że faktycznie niektóre, które w moich ustach były żartem, w ustach powiedzmy już bardziej popowej wokalistki brzmiały by jak dziwactwo, więc trzeba było się przy tym pogimnastykować. Kilka tekstów wyszło, ale piszę pod pseudonimem i się nie zdradzam, żeby nikt nie patrzył na to przez pryzmat Mery Spolsky.

Zemsta jest słodka jak Bigotka! Zobacz teledysk do najnowszego singla Mery Spolsky

Dekalog Spolsky, czyli smutek i żal okryte czerwonym futrem w cekiny

Dla Ciebie Dekalog Spolsky to płyta wesoła, czy smutna?

Mery Spolsky: To jest to, co ja lubię najbardziej – smutek i żal okryte takim czerwonym futrem w cekiny, czyli powierzchownie jest tam bardzo dużo rave’owych, szalonych bitów, jest wesoły przekaz, żeby się nie wściekać i wierzyć w siebie, ale tak naprawdę, całe jądro płyty to jest ogrom moich wad i smutków. Napisałam tę płytę inspirowana tym, że mam różne problemy ze sobą w głowie i dużo rzeczy mnie smuci, nie mogę cały czas zapomnieć o śmierci mojej mamy, nie mogę się uwolnić od presji instagramowej, co mnie wkurza… Z tych różnych rzeczy, które mnie smuciły i powodowały u mnie zły humor chciałam zrobić coś dobrego, więc przykryłam to swoim płaszczem w paski, który ma obrócić to wszystko w radę dla mnie samej, że nie warto robić takich głupich i zbędnych czynności, które odbierają czas, tylko trzeba się skupić na sobie, na sztuce, na innych ludziach, trzeba pogodzić się ze śmiercią bliskich, itd. Myślę sobie, że ta płyta jest tak naprawdę smutna, ale nie chciałam, żeby ludzie ją tak odbierali.

Mimo to wiele osób wzięło ją bardzo na poważnie i utożsamiło się z Twoim przekazem. Czujesz się takim muzycznym psychologiem? Ludzie do Ciebie piszą, proszą o rady?

Mery Spolsky: Jak tylko mają jakieś pytanie i ja mam czas odpisać, to to robię. Często się wtedy spotykam z pytaniem „Czy to naprawdę Ty?” – tak, to ja. :) Dostaję dużo pytań co do tych moich zasad w Dekalogu. Najczęściej dziewczyny pytają dlaczego cieliste rajstopy są passe. Dużo osób też wysyła mi swoje własne dekalogi i chce się podzielić swoimi zasadami, które stworzyli zainspirowani moją płytą. To jest super, że ona tak działa, bo trochę po to ją właśnie pisałam, żeby ludzie się sami zainspirowali do swojego dekalogu. Czasem też mówią, że zaczęli stosować się do tego mojego i już nie jest im tak smutno jak kiedyś, starają się myśleć pozytywnie. Nawet na koncercie w Łodzi była taka sytuacja, że dwie dziewczyny podeszły do mnie i powiedziały, że miały bardzo trudny okres w życiu, ale po tej płycie, a szczególnie po utworze Technosmutek, który w sumie jest banalny i to mi chodziło, żeby po prostu mówił, żeby Ci nie było smutno – do nich to jakoś dotarło i powiedziały, że nie jest im już tak smutno i źle. Dla mnie to jest sukces, że taki terapeutyczny przekaz tu się wkradł.

Nie stój w kolejce do Biedronki

Znalazłaś w tych dekalogach, które przesyłali Ci fani coś ciekawego, co mogłabyś dopisać do swoich dziesięciu zasad?

Mery Spolsky: Było dużo śmiesznych i głupkowatych punktów, jak na przykład „Pilnuj Gucciego swego”, albo „Nie stój w kolejce do Biedronki”. Były też ważne jak „Dbaj o swoich rodziców”, „Karm swoje zwierzątka”, albo jeszcze bardziej poważne jak „Nie zapominaj o swoich bliskich”. Na pewno mogłabym dołączyć coś jeszcze do swoich zasad, bo tylko w dziesięciu trudno się zamknąć, ale te moje też są dość mocno zgeneralizowane. Tak naprawdę pod jedną kryje się dużo innych, małych aspektów. Pod przykazaniem Nie będziesz mieć imprez zbędnych przede mną w piosence Mazowiecka Kiecka nie tylko chodzi o to, żeby nie łazić bez sensu na imprezy, tylko chodzi też o to, żeby mieć czas na tworzenie sztuki. Cała piosenka mówi o tym, że łażenie na zbędne imprezy powoduje, że masz coraz mniej weny, bo się rozpraszasz. Jak się zajrzy w teksty to tych zasad może być jeszcze więcej.

Bardzo mnie też nurtuje kwestia Twojego istnienia w social mediach. Dzisiaj, przed naszą rozmową zajrzałam jeszcze parę razy na Twojego Instagrama, żeby zobaczyć, co się u Ciebie dzieje i za każdym razem pojawiał się nowy tam post. Jak Ty to ogarniasz?

Mery Spolsky: Traktuję Instagram jako część mojego projektu muzycznego, czyli bardzo konsekwentnie wrzucam wszystko à propos każdego koncertu, wywiadu, itd. Nie ma tam nic z prywatnego życia. Bardzo zwracam na to uwagę, żeby Instagram nie był dzieleniem się tym, co zjadłam na śniadanie, tylko takim medium z ludźmi. Ja nie jestem za często grana w radiach, nie pojawiam się w szerokich mediach, więc dla mnie tak naprawdę Instagram, Facebook i w ogóle internet są takim łącznikiem z ludźmi, żeby oni wiedzieli o moim istnieniu, wiedzieli kiedy gram koncert i jak na niego przyjść. W związku z tym tak tam spamuje.

Scena mnie oswobadza

Jak patrzę na Ciebie na scenie, to zastanawiam się – czy Mery Spolsky ma jakiekolwiek kompleksy?

Mery Spolsky: Scena powoduje, że nie mam żadnych kompleksów. Nawet jak mam czasem taki dzień, że wystaje mi bardziej brzuch, a włożę obcisłą rzecz, to naprawdę na scenie mam to jakoś w dupie. Ona mnie ze wszystkiego wyzwala i to jest moje moje najbardziej ulubione miejsce. W normalnym życiu mam milion kompleksów, jak każdy. Raz wstaję, patrze w lustro i jest cudownie, a bywają takie dni, że uważam, że nie umiem pisać tekstów, że do dupy wyglądam, straciłam swoje życie na szukanie pomysłów, zamiast działać… Każdy ma milion takich dziwnych myśli i po to też na Dekalogu Spolky zawarłam takie rzeczy jak Nie pożądaj Instagrama bliźniego swego, żeby tych kompleksów mieć coraz mniej. Ja na scenie ich faktycznie nie mam, ona mnie jakoś oswobadza.

Czyli można powiedzieć, że Mery nie ma kompleksów, ale Marysia już może mieć. Czy nie rozdzielasz tych dwóch światów?

Mery Spolsky: No Marysia ma na pewno dużo kompleksów. Rozdzielam, dla mnie Mery Spolsky jest postacią sceniczną, chociażby z tego względu, że po bułki nie wyjdę w tych butach na wielkim koturnie. :)

Mery Spolsky wywiad

Pielgrzymka Spolsky, czyli nowe pomysły i plany Mery

Co w takim razie będzie się działo u Mery Spolsky w przyszłym roku? Będzie kontynuacja trasy Bigotka, czy już coś nowego?

Mery Spolsky: Będzie na pewno kontynuacja, bo wiele miast się nie znalazło na trasie jesiennej. Będziemy się też szykować do letnich koncertów, żeby jeszcze ulepszać ten materiał. Płyta płytą, ale dla mnie bardzo ważne jest, żeby to co gramy na żywo było bardziej takim spektaklem. Teraz na trasie Bigotka Tour dużo pracy włożyliśmy, żeby oprócz grania piosenek były też takie specjalne łączniki między nimi. Pewnie będziemy nad tym dalej pracować i gdzieś powoli sobie dłubać nowe rzeczy, bo mamy na nie pomysły. Jeden bardzo fajny, który mnie i mojego producenta No Echoesa mocno nakręca, ale to nie znaczy, że on się zmaterializuje za rok, albo pięć. Nie wiem kiedy, po prostu będziemy go robić. I cały czas promować Dekalog Spolsky, bo mam dużą nadzieję i wiarę, że ta płyta pomoże mi przekonać do siebie więcej ludzi niż album Miło Było Pana Poznać. Cały czas mam marzenie, żeby iść do góry, bo nie czuję się jeszcze na takim poziomie, na jakim bym chciała być. Czuję, że możemy jeszcze większej ilości osób tę płytę pokazać. Pierwsza była dla mnie dużym sukcesem, bo zdobyła między innymi nominację do Fryderyków i wiele innych rzeczy się z nią wydarzyło, ale wiem, że mogło być jeszcze lepiej.

Mógł być ten Fryderyk.

Mery Spolsky: O, na przykład. Niech drugiej płycie może się to spełni! Dlatego jeszcze trochę czasu na tę naszą pielgrzymkę spolsky sobie dajemy.

mery spolsky dekalog

Wspomniałaś o No Echoes. Jak Ci się udało go wkręcić w ten swój świat Spolsky?

Mery Spolsky: Śmieszne jest to, że dużo osób pisze mi „Uwolnij No Echoesa z tych strojów”. On na zdjęciach czasem ma taką niezbyt zadowoloną minę, ale to jest jego poza. No Echoes jest osobą, która mało mówi, jest bardzo teatralny, skupiony i tak sobie to wszystko wymyślił, że jest człowiekiem, który bardziej przemawia swoją gitarą, a nie głosem. Nawet na koncertach Bigotka Tour jest specjalny moment, kiedy ja schodzę ze sceny i on przemawia do ludzi instrumentami, wydobywając z nich słowa. On taki jest, nie tryska uśmiechem, ale tak naprawdę to wariat i sam namawia mnie do tych eksperymentów. Ja go w tym wszystkim cały czas trochę lobbuję i próbuję przekraczać granice, żeby chciał się pomalować, czy włożyć coś szalonego, ale wiem, że mu się to też podoba. Dbam też o to, żeby miał komfort na scenie, więc gdyby mu się nie podobało, to oczywiście bym go nie zmuszała, ubrałabym go w paski, albo coś grzecznego i tyle. Ale on jest duszą artysty-szaleńca, więc jemu pasuje cały ten image.

Czym w przyszłości zaskoczy nas Mery Spolsky?

Powiedziałaś, że macie już kolejne pomysły, zatem w którą stronę muzycznie to będzie szło? Jeszcze więcej elektroniki, czy może coś zupełnie innego?

Mery Spolsky: Wszystko może się jeszcze oczywiście zmienić, ale na chwilę obecną nie będzie to w ogóle muzyka elektroniczna. Nie będą to ani rave’y, ani hip-hop. Wiadomo, że na pewno w moim wokalu będzie trochę zabaw słownych, więc pewnie i recytacja, bo to po prostu zawsze we mnie było, ale muzycznie nie będzie ostrzej. Dekalog Spolsky był takim moim spełnieniem tych techno marzeń. Zamyka go Technosmutek i zamyka on też chyba przygodę z tymi nurtami. Bardzo chciałam zrobić właśnie taką płytę w stylu Die Antwoord, których bardzo lubię i Dekalog Spolsky był właśnie eksperymentem w tym kierunku, ale to nie znaczy, że będę chciała na tym jechać, bo teraz zaczęłam się inspirować nowymi rzeczami i już mi odchodzi na to chęć.

Tak będzie zawsze? Mery Spolsky przejdzie przez wszystkie możliwe gatunki muzyczne w swojej karierze?

Mery Spolsky: Chyba tak będzie zawsze. Zaczynałam od samej gitary akustycznej i to właśnie mi się najbardziej podoba, że wszystko, nie ważne czy to były electro-synth popowe brzmienia z pierwszego albumu, czy techno, można zagrać z samą gitarą i każdą piosenkę sprowadzić do tego minimum. Kto wie, może kiedyś skończę właśnie na samej gitarze z wokalem…

Mery Spolsky wywiad
Fot. Grymuza

Mery Spolsky na Enea Spring Break 2020

Mery Spolsky będzie jedną z gwiazd przyszłorocznej edycji odbywającego się w Poznaniu showcase’owego festiwalu Enea Spring Break. Bilety na to wydarzenie są dostępne w sprzedaży na stronie Biletomat.pl.

Sprawdź także: Enea Spring Break 2020 z kolejnym ogłoszeniem

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Sprawdź także

Enea Spring Break 2020 - Poznań | 23-25.04.2020

Jak kupić bilet? Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.