kadr z serialu „Moon Knight”

„Moon Knight” wytycza Marvelowi nowe ścieżki [recenzja]


04 maja 2022

Podziel się newsem:

Moon Knight debiutuje w aktorskiej produkcji. Jak poradził sobie serial z nowym superbohaterem?

Marvel Studios rozwija serialową odnogę

Serialowa gałąź Marvel Studios coraz prężniej się rozrasta. Dotychczasowe produkcje mają swoje wady, które niestety ciągle są powtarzane. Mają też swoje plusy, którymi niewątpliwie są bohaterowie oraz szansa na lepsze poznanie tych postaci. Oto pojawił się Moon Knight – całkowicie nowy superbohater-mściciel wymierzający sprawiedliwość tym, którzy na to zasługują. Zapowiedzi serialu były intrygujące i pozwalające sądzić, że otrzymamy coś świeżego. Przyznam, że rzeczywistość nieco rozminęła się z moimi oczekiwaniami, ale mimo tego wszystko jest dobrze.

„Moon Knight” wytycza Marvelowi nowe ścieżki [recenzja]
plakat serialu Moon Knight, fot. Disney+

X + X = Moon Knight

Steven Grant pracuje w sklepie z pamiątkami w jednym z londyńskich muzeów. Mężczyzna zaczytuje się w egipskiej mitologii, jest roztrzepany, a jego jedynymi przyjaciółmi są złota rybka Gus oraz uliczny artysta udający posąg, Betrand Crowley. Steven cierpi na problemy ze snem, przez co musi na noc przywiązywać się do łóżka, zamykać drzwi na przysłowiowe cztery spusty czy rozsypywać w mieszkaniu piasek, aby rano skontrolować, czy przypadkiem nie lunatykował. Jego życie zmienia się gdy odkrywa, że w jego ciele żyje Marc Spector – najemnik i superbohater kryjący się pod pseudonimem Moon Knight, będący na usługach egipskiego boga Chonsu. Panowie muszą nauczyć się współpracować, gdyż na horyzoncie czai się potężny wróg z przeszłości.

Pierwsze zapowiedzi serialu sugerowały połączenie kina superbohaterskiego, przygodowego à la Indiana Jones oraz… horrorowo-thrillerowego. I faktycznie, Moon Knight umiejętnie łączy te gatunki przez cały czas trwania sezonu. Twórcy już od pierwszego odcinka w zasadzie jedynie dawkują nam informacje, co tylko rozbudza naszą ciekawość i zachęca do dalszego oglądania przygód Stevena Granta. Świetnie grają również tajemnicą i wręcz pozwalają nam wejść w skórę głównego bohatera. Kiedy ten traci przytomność, widz także nie wie, co wydarzyło się przez ten czas. Podobnie jak Steven, możemy się tylko tego domyślać. Twórcy przed premierą podkreślali, że odpowiednio zarysowali nie tylko chorobę głównego bohatera, ale w ogóle zaburzenia osobowości. Nie jestem psychiatrą, ale z jednej strony uważam, że nie były to słowa rzucane na wiatr.

Z drugiej jednak strony odniosłem wrażenie, że trochę brakło im czasu. Jest to przypadłość, o której wspominałem też przy okazji Lokiego i Hawkeye’a. Moon Knight jest po prostu za krótki. Zaledwie sześć odcinków od razu daje do zrozumienia, że produkcja może mieć problemy z tempem. Ma też nieco problemów z rozwiązywaniem niektórych wątków. Czasem były one zbyt płytkie i rozwiązane na szybko, ot tak. Jak za pstryknięciem palców. Jeden odcinek więcej raczej by nie zaszkodził.

Nie ma takich trzech, jak ich dwóch

Główne skrzypce gra tu oczywiście Oscar Isaac. Cóż, skrzypce to raczej mało powiedziane biorąc pod uwagę, że aktor wciela się w kilka różnych postaci. Trzeba mu oddać to, co cesarskie. Isaac w głównej roli po prostu wymiata i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Bez wysiłku żongluje emocjami, akcentami, sposobem zachowania się jego postaci, świetnie kontroluje atmosferę na ekranie w zależności od tego, kogo obecnie oglądamy. Roztrzepany, zakręcony Steven w dosłownie sekundę potrafi zmienić się w wyrafinowanego Marca. Absolutnie rewelacyjny występ i mam nadzieję, że jeszcze go zobaczymy w roli Moon Knighta.

„Moon Knight” wytycza Marvelowi nowe ścieżki [recenzja]
kadr z serialu Moon Knight

Nie byłoby klasycznej superbohaterskiej produkcji gdyby nie superzłoczyńca. Takowym jest Arthur Harrow, w którego wcielił się Ethan Hawke. Amerykański aktor nie odbiega od tego, co zaprezentował Oscar Isaac. Jego postać jest oczywiście nieco „mniejsza”, nie spędzamy z nią tyle czasu, ile ze Stevenem. Kiedy jednak jest już na ekranie, można doznać niezłego dysonansu. A to dlatego, że Harrow jest po prostu zwykłym gościem, chcącym uzdrowić ludzkość (chociaż metody pozostawiają wiele do życzenia). Raz prezentuje się jako ciepły przywódca albo nawet ojciec, aby kilka sekund później być na przeciwnym biegunie. Hawke jest niezwykle charyzmatyczny, momentami przerażający, ale czuć także do niego szacunek.

Moon Knight wymyka się z ram

Narzekałem też kiedyś na to, że w MCU już się po prostu za dużo dzieje. Moon Knight dorzuca do tego swoją cegiełkę, natomiast jest również druga strona medalu. Serial w ogóle nie odnosi się do dotychczasowych wydarzeń ze świata wykreowanego przez Marvel Studios, przez co spokojnie można go z tego uniwersum wyciągnąć i traktować jako odrębną, niezwiązaną z niczym historię. Jednym będzie to przeszkadzać i mogą to uważać za brak ciągłości i spójności, dla mnie jest to powiew świeżości. Marvel Cinematic Universe i tak jest już ogromnym tworem i taki zabieg moim zdaniem zadziałał tylko na korzyść całości. Czy serial może w tej kwestii wytyczyć nową drogę dla Marvel Studios? Chciałbym, aby tak było. Drzwi zostały otwarte. Teraz wystarczy przez nie przejść i się nie zgubić.

Moon Knight porusza się również po płaszczyznach psychologicznych, dając nam całkiem dogłębny wgląd w to, co dzieje się nie tylko w głowie Stevena, ale zapewne po części każdego z nas. Jakie mechanizmy powodują takie, a nie inne sytuacje, jak może zadziałać na nas otoczenie, najbliżsi czy wreszcie jak spróbować poradzić sobie z przytłoczeniem spowodowanym rzeczywistością. Jakkolwiek patetycznie i płytko nie zabrzmi, jest też opowieścią o akceptacji swoich wad, wolności czy wreszcie o… przyjaźni. Przyjaźni z samym sobą i tym, co sami możemy sobie zaoferować. Z nieznaczną, ale jednak przewagą, umieściłbym go na pierwszym miejscu wśród seriali Marvela, które powstały już we współpracy z Disneyem.

Moon Knight debiutuje w aktorskiej produkcji. Jak poradził sobie serial z nowym superbohaterem? Zobacz także Chill Time Is Not Wasted Time – Pezet kawałkiem „Mewa” promuje nową kampanię Sprite’a Jest piątek i jest „POST”. Nowy singiel Dawida Podsiadło już dostępny Sentino zakończył i wznowił karierę w niecałe 24 godziny Marvel Studios rozwija serialową odnogę Serialowa […]

Wiemy, gdzie są najlepsze koncerty. Sprawdź!

Biletomat.pl
20 PLN
Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →