fot. Rahi Rezvani

Editors„EBM”: mroczne hity na mroczne czasy [recenzja]


23 września 2022

Podziel się newsem:

Editors prezentują EBM – długo wyczekiwany, siódmy krążek, który ma szansę podbić tegoroczne topki.

Editors zasługują na więcej

Editors przebrnęli już w swojej twórczości przez dosyć ciekawe gatunkowe połączenia, skacząc po różnorodnych brzmieniach, które – wydawać by się mogło – bywają od siebie całkiem odległe. Rozpoczynając od indie rockowych i post punkowych gitarowych kompozycji wspieranych elektroniką, Brytyjczycy w pewnym momencie, a dokładnie przy okazji trzeciego krążka In This Light and on This Evening wydanego w 2009 roku, odwrócili ten schemat. Na front wysunęły się syntezatory, a gitary zeszły na drugi plan. Ten eksperyment chyba wyszedł Editorsom na dobre, bo już od początku byli przecież przyrównywani brzmieniem do amerykańskiej grupy Interpol i niejako stawiani w cieniu nowojorskiej kapeli. Ekipa Toma Smitha przez lata wyrobiła sobie swoje własne, unikatowe brzmienie. Nawet na nieco bardziej przebojowym krążku The Weight of Your Love dało się wyczuć charakterystyczny, gęsty mrok.

Pomimo długiego mariażu zespołu Editors z elektroniką, co pokazali na In Dream, panowie nadal zdołali wydać bardzo zbalansowane wydawnictwo w postaci Violence. Gitarowe riffy nie wybijały się tam co prawda na pierwszy plan, ale dało się wyczuć ich obecność. Czasem zdarza się tak, że „starsi fani” niezbyt przychylnie przyjmują to, jak zespół ewoluuje, odkrywa nowe rozwiązania i eksploruje nieznane dotąd rejony. EBM, czyli siódmy studyjny album Brytyjczyków, powinien zadowolić tych, którzy tęsknili za pierwotnym brzmieniem Editors. I sprawi również satysfakcję tym, którzy z uznaniem patrzą na elektroniczne poczynania Brytyjczyków. Ta płyta daje kopa.

Editors - „EBM”: mroczne hity na mroczne czasy [recenzja]
okładka płyty Editors – EBM

Perfekcyjni jak nigdy

Od wydania Violence w 2018 roku, do premiery EBM, nastąpiła jedna konkretna zmiana. Do zespołu dołączył brytyjski kompozytor i producent Benjamin Power, znany pod pseudonimem Blanck Mass. Artysta wyprodukował wydany cztery lata temu krążek, a przy nowym wydawnictwie pracował już jako członek Editors. Stwierdzenie, że wniósł on twórczość zespołu na wyższy poziom, chyba nie będzie przesadą. Panowie prezentowali już dotąd duży profesjonalizm, co szło oczywiście z jakością materiału, ale tym razem… No cóż, wystarczy posłuchać tego krążka, bo jest to produkcyjna przyjemność. Power wniósł także niewątpliwie eksperymentalno-industrialny sznyt, którego echa odbijają się na całym albumie. Sam tytuł wydawnictwa jest zresztą akronimem i niejako hołdem dla electronic body music, która łączy w sobie wymienione wyżej gatunki, dodając do tego także syntezatory, punk czy disco. Połączenie, wbrew pozorom, dosyć wątpliwe.

Wątpliwości są jednak rozwiewane już od pierwszych sekund rozpoczynającego krążek Heart Attack. Pulsujący, narastający bit z basową podbijką znajduje w końcu swoje ujście podczas eksplozji dźwięków w refrenie. Nie jest to jednak chaotyczny zbiór wszystkiego, co popadnie, a bardzo dokładnie poukładane klocki, co tylko podkreśla produkcyjny kunszt krążka. Podobnie sprawa ma się w przypadku Picturesque – nieco bardziej przebojowego utworu, który tylko napędza płytę. Taneczne zwrotki, energetyczny, zapadający w głowę refren, w którym na pierwszy plan wysuwające się wokal i chórki sprawiają, że mamy po prostu ochotę na więcej. Składając hołd i nawiązując do post punka, nie mogło oczywiście braknąć gitarowych riffów z charakterystycznym, zimnym pogłosem. Tu na scenę wkracza Karma Climb – chyba mój ulubiony kawałek na płycie. Ten utwór ma w sobie coś nostalgicznego. Coś, co przypomina mi też w jakimś stopniu New Order. Duchowa obecność brytyjskiego zespołu unosi się zresztą nad EBM. Nie jest ona dominująca i narzucająca się, a raczej przywołuje momentami jakieś skojarzenia.

Editors – Karma Climb

Hołd dla najlepszych – i to w najlepszym stylu

A jak już jesteśmy przy skojarzeniach: wzruszające, prawie ośmiominutowe (!) Kiss ma w sobie vibe Depeche Mode. Inspiracja? Tak. Hołd? Jak najbardziej. I to hołd złożony w jak najlepszym, charakterystycznym dla Editors stylu. Są synthy, są gitarowe riffy, a Tom Smith po raz kolejny wyciąga wysokie rejestry, robiąc to po prostu absolutnie genialnie. Nawet słuchając studyjnych nagrań, czuć jego charyzmę. Warto także zwrócić uwagę na kawałek Vibe. Editors wyrobili sobie niesamowitą umiejętność chwytliwych refrenów. Nawet jeśli nie są zbyt radiowym zespołem, to catchy melodie są ich mocnym punktem, co na EBM słychać wyraźnie. Vibe wprowadza, cóż, taneczny vibe. I to taki, w którym kompletnie nie przejmujesz się otaczającym światem. Liczy się tylko ta muzyka. Te 3 minuty i 39 sekund. Jeśli artysta lub zespół potrafi coś takiego stworzyć, to dla mnie jest po prostu geniuszem.

Warto też wspomnieć o zamykającym płytę, złowieszczym Strange Intimacy, które niejako stanowi również zamknięcie klamry kompozycyjnej. Bit znów narasta, słuchacz oczekuje soczystego dropu, aż nagle na pierwszy plan wkracza refren z fortepianem. Cały utwór to zresztą coś na kształt przerywnika/outro, na którym zbiera się wszystko to, co słyszeliśmy na EBM.

Editors – Vibe

Nie można nie wspomnieć o ogólnym kształcie tracklisty. Editors po raz kolejny zdecydowali się na dziewięć utworów, na które składają się aż 53 minuty muzyki. Dzisiaj jest to raczej rzadkość, ale słuchając EBM, nie odczuwałem znudzenia ani chęci kliknięcia strzałki w prawo, aby przejść do następnego kawałka. Brytyjczycy na nowej płycie po prostu intrygują. Snują aurę tajemnicy i sprawiają, że słuchacz chce się dać wciągnąć w ich opowieść. Że słuchacz EBM poddaje się muzyce, dając się swobodnie poprowadzić. A jeśli zespół tworzy taki album, to po prostu ma się do czynienia z wydawnictwem bardzo dobrym.

Editors prezentują EBM – długo wyczekiwany, siódmy krążek, który ma szansę podbić tegoroczne topki. Zobacz także FiQuality to (nie)śmieszny żart, który czym prędzej powinien doczekać się puenty Ubisoft nie będzie mnie wodzić za nos. Powrót do korzeni „Assassin’s Creed” to zagrywka pod publiczkę Horrorcore cały czas w pełni sił. Słoń w międzynarodowym cypherze Editors zasługują […]

Wiemy, gdzie są najlepsze koncerty. Sprawdź!

Biletomat.pl
20 PLN
Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →