Kadr z filmu „Źródło”

Kiedy widz się myli. 7 świetnych filmów, których nie doceniono w kinach


25 listopada 2022

Obserwuj nas na instagramie:

Które filmy spotkały się z chłodnym przyjęciem, choć zasługują na dużo więcej?

Widownia się nie poznała

Każdego roku do polskich kin wchodzi tyle potencjalnie ciekawych filmów, że w zasadzie nie da się śledzić repertuaru na bieżąco, nie wspominając o tym, że część w ogóle nie trafia do Polski. Z kolei mnóstwo wartych zauważenia tytułów ponosi na świecie porażkę w starciu z bezpieczniejszymi lub bardziej efektownymi produkcjami. Dziś przypominamy siedem filmów, na których widzowie z różnych powodów się nie poznali lub poznać nie chcieli. Część przebiła się do świadomości masowej dopiero w dystrybucji telewizyjnej, DVD lub w streamingu, a część do dzisiaj czeka na prawdziwe „odkrycie”.

Idiokracja (2006), reż. Mike Judge

Zaczynamy filmem, którego popularność rośnie z upływem czasu. Ba, wielu postrzega go dziś jako profetyczny. Idiokracja to historia żołnierza i prostytutki, którzy zostają przypadkiem zahibernowani na pięćset lat i budzą się w świecie, w którym ludzkość doszczętnie zidiociała. Planeta ledwie zipie, konsumpcja dóbr materialnych i kretyńskich programów telewizyjnych wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli, ludzie nie przejmują się niczym poza zapewnianiem sobie przyjemności. Idiokracja to ostra satyra na wszystko i wszystkich, więc niełatwo ją było „sprzedać”. Z drugiej strony studio 20th Century Fox, obawiając się reakcji reklamodawców i partnerów, nawet nie próbowało udawać, że zależy mu na wyniku finansowym. W rezultacie kosztujący niecałe 2,5 miliona dolarów film Judge’a zarobił w kinach zaledwie 500 tysięcy dolarów.

Stalowy gigant (1999), reż. Brad Bird

Stalowy gigant to jedna z najlepszych amerykańskich animacji, o której istnieniu wielu nie ma niestety do dziś pojęcia. Z jednej strony dlatego, że film powstał na styku dwóch „epok”, gdy animacja klasyczna ustępowała powoli miejsca tej cyfrowej, zaś Pixar nie zdążył jeszcze odebrać Disneyowi palmy pierwszeństwa w jakości. Z drugiej z tego prostego względu, że studio nie bardzo wiedziało, jak ten wielowymiarowy film – skierowany zarówno do dzieci, jak i dorosłych – promować. Trochę podobnie jak E.T. Spielberga, jest to historia dziecka, które spotyka kosmitę (gigantycznego robota) i się z nim zaprzyjaźnia, próbując uchronić go przed pozbawionymi wyobraźni i empatii dorosłymi. Tyle że film Birda nie zadowala się familijnym przesłaniem i drąży głębiej. Widzowie mimo to nie byli przekonani – produkcja zarobiła 30 milionów dolarów przy ponad dwa razy większym budżecie.

Zaginione miasto Z (2016), reż. James Gray

Zrealizowany z rozmachem, jednak będący w duchu produkcją niezależną dramat biograficzny o brytyjskim odkrywcy Percym Fawcecie i jego rosnącej obsesji na punkcie mitycznego miasta Eldorado. Gray zabiera widza na chwilami mocno oniryczną podróż do amazońskiej dżungli. Tworzy jednocześnie wyborny wizualny spektakl, nie tracąc z oczu emocjonalno-psychologicznego rozwoju (lub regresu) postaci. Pełnokrwiste kino przygodowe, o jakim Hollywood dawno zapomniało na rzecz efekciarskich cyfrowych bajek, pozbawione slapstickowych trików, tanich pościgów i banalnego puszczania oka. Wszystko, czego poszukujący dojrzałej rozrywki widz pragnie, prawda? Niestety, mimo (a może przez?) obecność gorących nazwisk Charliego Hunnama i Roberta Pattinsona Zaginione miasto Z zarobiło tylko 19 milionów dolarów przy 30 milionach budżetu.

Minamata (2020), reż. Andrew Levitas

Oparta na skandalicznych faktach historia słynnego fotoreportażu, który legendarny W. Eugene Smith zrobił w latach 70. XX wieku w tytułowej japońskiej miejscowości, ujawniając światu dekady korporacyjnych wypaczeń. Minamata to film aktualny, potrzebny, ale także doskonały przykład tytułu, który przepadł w kinach przez kontrowersje związane z promującą go swym nazwiskiem gwiazdą. Nie ma bowiem filmu bardziej pokrzywdzonego przez sławę Johnny’ego Deppa i jego proces z Amber Heard. Jak na ironię, grając Smitha, Depp stworzył nie tylko jedną ze swoich najlepszych aktorskich kreacji, ale przede wszystkim rolę, w której po raz pierwszy od dawna nie ukrył się za toną charakteryzacji i ekscentrycznych aktorskich trików. Wielka szkoda, że Minamata nie zarobiła w światowych kinach nawet 2 milionów dolarów.

W stronę słońca (2007), reż. Danny Boyle

Mimo wszelkich zachwytów nad 2001: Odyseją kosmiczną Kubricka czy sukcesów kasowych takich tytułów jak Interstellar Nolana, filmowa fantastyka naukowa kojarzy się nade wszystko z efekciarskim spektaklem i wybuchową rozrywką, a dopiero później z intelektualną refleksją czy filozoficznym sztafażem. Jednym z najbardziej poszkodowanych w ten sposób filmów jest dzieło Boyle’a, które 15 lat temu zarobiło w kinach 32 miliony dolarów przy 40 milionach budżetu. Fabularnie jest to historia kosmicznej misji, która ma za sprawą głowicy nuklearnej „reanimować” gasnące Słońce, ale ważniejsze jest to, jak reżyser ukazuje ludzi próbujących radzić sobie emocjonalnie i intelektualnie w skrajnej sytuacji, podziwiając tajemniczy majestat zbliżającego się Słońca. Sceny takie jak śmierć Kanedy to audiowizualne majstersztyki.

Żołnierze kosmosu (1997), reż. Paul Verhoeven

Tym razem sci-fi ubrane w widowiskowy militarny kostium. Odległa przyszłość, zorganizowana pod kątem wojskowym ludzkość rozpanoszyła się po całej galaktyce. Aż do czasu, gdy na jej drodze stanęła tajemnicza rasa morderczych insektoidów. Wojnę z „robalami” obserwujemy przez pryzmat młodych patriotów, którzy idą do wojska dla idei i obywatelskich przywilejów. Film jest szalenie efektowny (gdyby nie Titanic z tego samego roku, zgarnąłby najpewniej Oscara za efekty wizualne), sęk w tym, że Żołnierze kosmosu nie są bezmózgą nawalanką, lecz dotkliwą satyrą na militaryzację i faszyzację gatunku ludzkiego, a także ostrzeżeniem przed zawierzeniem przyszłości ludzkości kapitalizmowi i rozwiązywaniu problemów siłą. Niestety film był promowany jako efekciarska naparzanka, w efekcie przy ponad 100 milionach dolarów budżetu zarobił tylko 121 milionów.

Źródło (2006), reż. Darren Aronofsky

Film, który od premiery radzi sobie znakomicie w dzieleniu widzów na tych zachwyconych konwencją efektownej filozoficzno-egzystencjalnej baśni o życiu i śmierci i tych uważających dzieło Aronofsky’ego za kiczowate wypociny kabotyna. Reżyser opowiada historię rozpisaną na trzy rozdzielone setkami lat akty, a bohaterem czyni inkarnacje tego samego mężczyzny, który desperacko próbuje ratować życie ukochanej. Życie, śmierć, miłość, fatum opakowane w jedyną w swoim rodzaju otoczkę na pograniczu dramatu i fantasy. Niezależnie od tego, co sądzicie o treści Źródła, film Aronofsky’ego jest – podobnie jak W stronę słońca – absolutnie wyjątkowym doświadczeniem audiowizualnym (również za sprawą muzyki Clinta Mansella), ale nie wystarczyło to, by zarobić więcej niż 16 milionów dolarów przy 35 milionach budżetu.

Które filmy spotkały się z chłodnym przyjęciem, choć zasługują na dużo więcej? Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: pierwsze kasety, dissy i nadejście Scyzoryka Macklemore zabrał ważny głos. „Hind’s Hall” pochwalił sam Tom Morello z RATM Widownia się nie poznała Każdego roku do polskich kin wchodzi […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →