10 najlepszych piosenek 2016 roku

Rytmy.pl
27 grudnia 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Większość rankingów powstaje przez proste zsumowanie indywidualnych list redaktorów i wyłonienie najczęściej powtarzających się pozycji. Nam to nie wyszło, więc wykorzystaliśmy inną, sprawdzoną już przez nas formułę.

Kiedy połączyliśmy ze sobą indywidualne listy ulubionych kawałków z 2016 roku naszych redaktorów, okazało się, że jesteśmy… zupełnie ze sobą niezgodni. Poza pojedynczymi przypadkami, każdy właściwie głosował na coś innego. Wybraliśmy więc z naszych propozycji dwadzieścia piosenek, a następnie każdą z nich poddaliśmy ocenie, tak jak już wcześniej w naszym Klubie Singla. Potem z ocen wyciągnęliśmy średnie i ułożyliśmy finałową dziesiątkę w kolejności. Tak powstał nasz ranking najlepszych utworów roku, który na pewno jest inny, niż wszystkie, które już czytaliście.

PS. Coś dla nerdów – w przypadku identycznej średniej o kolejności decydowała mediana, a następnie najwyższa przyznana utworowi ocena.

10. Alicia Keys: In Common [6.67]

Kamil Babacz: Nagroda dla prostej piosenki, od której nie mogłem się uwolnić, wędruje w tym roku do Alicii Keys. Produkcja poszła tu środkiem tegorocznego mainstreamu, ale choć te wszystkie tropikalne synthy, dancehallowe inspiracje i nasycone reverbem wokale zostały już mocno wyeksploatowane, Alicia Keys wykorzystała modne brzmienia w sposób najbardziej konkretny – włożyła w nie dwuczęściowy refren, który niepostrzeżenie wwierca się w uszy. [8]

Joanna Dziel: Jeśli wychowałeś się na „Fallin'” i uroczej Alicii Keys w warkoczykach, to „In Common” jest jedynie cieniem na tle wszystkich wspaniałych kawałków wylansowanych przez jej magnetyczny głos. [4]

Jacek Marczuk: Nieprawdopodobne, ale ten numer podoba mi się bardziej niż cokolwiek z Lemonade, a to przecież Alicia Keys, która ma w dorobku takie piosenkowe kasztany, jak chociażby „Fallin'”. Nie ma co oglądać się wstecz, gdyż „In Common” lśni niczym gwiazda na firmamencie katalogu wydawniczego Keys. I pomyśleć, że kiedyś tak okrutnie ją krytykowałem! [7]

Tomek Skowyra: Nic nie mam do nowego singla The xx, ale wytłumaczcie mi, jak to jest, że Alicia z pomocą drejkowych wibracji tak bezapelacyjnie pokonuje ten sympatyczno-nudny zespolik ich własną bronią? [8]

Tomek Skórzyński: Jest ok. Alicia Keys, która nie przeszarżowuje ze swoim „silnym, kobiecym woksem”, to zawsze będzie miłe zaskoczenie. Fajnie dozowane środki – może tylko bit, którego już trochę za dużo w popie, ale tak, w tę stronę trzeba.. [6]

Agata Tomaszewska: Alicia Keys w wersji soft. Zamiast ognia – ocean, zamiast A Mol – dancehall, zamiast Nowego Jorku – Rio. [7]

9. Kaz Bałagane ft. Belmondo: Do następnego [6.67]

Kamil Babacz: Czy rozpoznasz klasyk, kiedy go usłyszysz? Jestem gościem, który rzadko słucha rapu i który przez większość życia fascynował się w muzyce po prostu chwytliwymi motywami. Być może właśnie nie wbrew temu, ale właśnie dlatego „Do następnego” to mój singiel roku – od kultowej już frazy, po linijki takie jak „Wpierdalam futomaki, twój rap stuleja i twój skład łoniaki”, czy „G, Bałagane! Ty w TV oglądasz kabaret, ty czytasz kabałę” nie było w tym roku po prostu drugiego numeru tak naładowanego szlagwortami. [9]

Joanna Dziel: Chcę zapomnieć to, co przed chwilą usłyszałam. [2]

Jacek Marczuk: Nie „inteligentni” Bisz, Mes, Taco oraz Fisz, nie Rasmentalism, Łona oraz PRO8L3M, ale właśnie Belmondo i Bałagane są dla mnie definicją tegorocznego polskiego rapu. Można się zżymać, ale nic na to nie poradzę – w 2016 wszyscy byliśmy „mordziatymi”. I taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada. [9]

Tomek Skowyra: Tu wystarczy wrzucić pancza: MORDZIATY MORDZIATY MORDZIATY MORDZIATY MORDZIATY. Jakieś pytania jeszcze? [8]

Tomek Skórzyński: Z Kazem mam czasami problem podobny do Gangu Albanii – nie wiem, czy klasyfikować to jako awangardę, czy jako bekę. W dodatku teksty Belmonda są… nie wiem, nie kumam. Z tego roku bardziej podszedł mi kazowy WawaLove, jeśli już. To wyłącznie kwestia estetyki… [3]

Agata Tomaszewska: Ktoś dzwoni – to Pierwszy w Polsce Rap. [9]

8. Paradis: Toi Et Moi [6.83]

Kamil Babacz: Last night a DJ saved my life (2016 remix). Na pewno wirowałbym na parkiecie, ale powiedziałbym też, że ta piosenka jest jak na moje ucho trochę zbyt przezroczysta. Powstrzymuje mnie od tego ta syntezatorowa melodyjka. [6]

Joanna Dziel: Proszę o więcej dobrych piosenek w języku francuskim. Takich jak ta! [6]

Jacek Marczuk: Jeden z ładniejszych utworów tego roku! I niech wspomniana „ładność” nie będzie tutaj rozumiana pejoratywnie, bo tak eleganckiego, zmysłowego i wyjątkowego uzależniającego electropopu mogłoby pozazdrościć im przynajmniej pół tuzina innych zespołów. French Do It Better! [7]

Tomek Skowyra: Tu przyda się małe równanie: Junior Boys + Diogenes Club + Sally Shapiro + język francuski = „Toi Et Moi”. [8]

Tomek Skórzyński: Ostatnio doszedłem do wniosku, że instrumentalnie wkradło się tu trochę z „Byłaś serca biciem”, więc to kolejny argument wsadzony do worka z innymi, które w tym roku plasują Francuzów wysoko. Wszystko tu jest delikatne, piękne, zwiewne, sentymentalne, a przy tym zaskakująco taneczne. [9]

Agata Tomaszewska: Je ne t’aime pas. [5]

7. Timbaland ft. Mila J: Don’t Get No Betta [6.83]

Kamil Babacz: Nawet jeśli trochę ztatusiał i nie trzęsie już branżą jak kiedyś, to dalej ma talent do fajnych melodii, ucho do pętli oraz rękę do patentów, które choć brzmią współcześnie, mają ten autorski, rozpoznawalny sznyt. Nie tylko przez start/stopy, „freaky freaky” i „forever ever” czuć w tym ducha ubiegłej dekady – w jak najlepszym sensie. [8]

Joanna Dziel: Kawałki Timbalanda z Nelly Furtado wspominam z sentymentem. Niestety, gust i umiejętności tego producenta wydają się z roku na rok słabnąć, co udowadnia ten nieznośny numer. [4]

Jacek Marczuk: Ręka mistrza, co mogę powiedzieć. Dziś popularnego Timby nikt nie traktuje już poważnie, ale posłuchajcie refrenu i zastanówcie czy słuchaliście w tym roku lepszą rzecz z pogranicza popu i mainstreamowego r&b? No właśnie! [8]

Tomek Skowyra: Kto by się spodziewał, że Timba wróci z tak fajowskim, melancholijnym, a zarazem zmysłowym r&b. Ripit goni ripit i wszystko idzie dobrze. [8]

Tomek Skórzyński: Timbaland „pojechał tak, jak się jeździ” – jakby kogoś dalej obchodziły gale VMA, jakby podczas słabego numeru na Vivie można było przełączyć na MTV w poszukiwaniu czegoś lepszego, jakby Warszawa nie wiedziała, co to druga linia metra. Jakby dalej ludzie szukali dobrego numeru. [8]

Agata Tomaszewska: Naprawdę nie mam pojęcia, jak ta piosenka się tu znalazła. [5]

6. Jessy Lanza: It Means I Love You [7.00]

Kamil Babacz: Być może dlatego tak uwielbiam ten numer, że zanim po słodkie przepitchowane wokale sięgnęli ludzie od PC Music, to w swoich nastoletnich latach miałem krótką zajawkę na bassline house, a 2-step kocham do dzisiaj. Z drugiej strony, choć to numer który leci na pętli, przypomina mi Junior Boys z okresu Last Exit – jego drobne składowe decydują o tym, dlaczego tak jedzie. No i oczywiście wspaniałość tytułowej frazy. [8]

Joanna Dziel: Choć nie ufam wokalistkom z brokatem na twarzy, Jessy Lanza wydaje się być spośród nich najmniej zmanierowana. Ten kawałek to niezła, hipnotyczna podróż, przy której trzeba tańczyć. [7]

Jacek Marczuk: Benchmarkiem dla „It Means I Love You” jest tym razem nie tylko kubistyczny electropop Junior Boys i poszatkowane r&b w duchu kooperacji Timbalanda i Aaliyah, ale również właściwy dla oficyny Teklife zamaszysty footwork. „It Means I Love You” jest bardziej sprawnie przepracowanym ćwiczeniem stylistycznym, niż pełnoprawną, krwistą kompozycją, ale za sensualne wokalizy Lanzy dałbym się pokroić. I tyle w temacie! [7]

Tomek Skowyra: O Jessy złego słowa nie powiem, bo dziewczyna skumała się z Jeremym i cały czas podąża dobrymi ścieżkami. A ten przyczajony, nocny cuban-techno singiel bardzo fajny, choć przecież na płycie znalazłbym bardziej chwytliwe momenty (tytułowy!). Ale jak pisałem: złego słowa o Jessy nie powiem. [7]

Tomek Skórzyński: Nie wiem, co myśleć o Lanzie, ponieważ momentami czuję, że mam do czynienia z trochę inteligentniejszą muzycznie Grimes, a czasami że z kolejną delikatną wokalistko/producentko/songwriterką. Nie jest to niestety „REALiTi”, ale napędzana motoryka numeru, choć nie konkluduje niczym szczególnym, dobrze się sprawdza. [6]

Agata Tomaszewska: [7]

5. Cafune: Don’t You Forget [7.00]

Kamil Babacz: Cóż, zawsze kiedy w playliście przychodzi czas na ten niepozorny numer, to się po prostu cieszę, choć też sam na niego specjalnie nie poluję. To jedna z ładniejszych popowych piosenek ostatnich miesięcy, trochę w duchu Cardigans, trochę The Bird and the Bee. Cieszy mnie, że w czasach tworzenia dużych popowych narracji, to wystarczyło, by zmieścić się w tej dziesiątce. [7]

Joanna Dziel: Przyjemny numer z wysokim potencjałem możliwości trafienia na wszelkiego rodzaju playlisty przeznaczone na wiosenne spacery. [6]

Jacek Marczuk: Ależ ktoś się nasłuchał The Bird and the Bee! I w rzeczy samej piosenka (z naciskiem na niebywale zwiewny i jednocześnie nośny refren) bardzo mi się podoba, ale niestety nie jestem w stanie przyznać jej maksymalnej noty. Dlaczego? Po prostu Greg Kurstin robił podobne rzeczy lepiej i tego radzę się trzymać. [7]

Tomek Skowyra: Jeden z hymnów mojego lata 2016. Złoty, nieregularny w podziale mostek, który przepięknie pęcznieje na naszych uszach, to jedna z rzeczy, którą zapamiętam na baaaaardzo, baaaaaaaardzo długo. [9]

Tomek Skórzyński: Całe wakacje spędziłem przy tym refrenie, zrobionym tak szaleńczo w punkt, że ręce same składają się do oklasków. Bas harmonizując się z klawiszem maluje mi przed oczami momentalnie jakiś krajobraz pełen słońca. Pharrell wychwalał pod niebiosa mostek tradycyjnie mówiąc coś o Steely Dan (vide making of przedostatniej płyty Hawthorne’a). Choć nie polały się słynne pharrellowe łzy, to trzymam z nim, ale szerzej, bo cały utwór jest piękny. [9]

Agata Tomaszewska: O jedną wesołą nutkę za daleko. [4]

4. Olga Bell: Randomness [7.17]

Kamil Babacz: Jak na piosenkę, która ma bardzo taneczne zastosowanie, to bardzo dużo się tu zmienia i dzieje, a nad wszystkim jeszcze unosi się duch starego przeboju Toktok i Soffy O. [7]

Joanna Dziel: Jeśli ten kawałek zagra na Twojej imprezie sylwestrowej przed północą, to możliwie, że jedynie kilku z Twoich gości poruszy do niego delikatnie nogą, a reszta powie, żebyś puścił „hita”. Chyba, że Twoi znajomi lubią bawić się do ponurych kawałków. [6]

Jacek Marczuk: Jedno słowo – mocarz. Pozbieraj najlepsze momenty z twórczości The Knife, Ellen Allien, Toktok, Robyn, Björk i house’owych div z lat 90., dorzuć odrobinę głębokiego pasma i masz! Pytanie tylko, czy posiadasz takie wyczucie, jak ta Rosjanka? [8]

Tomek Skowyra: Narracja, jaką prowadzi Olga za pomocą tego prog-popowego studium, za każdym razem rozrywa mnie na pół. Prowadzony w poetyce Berlinette, rozrysowany z szaloną precyzją diament. [9]

Tomek Skórzyński: Szanuję przejście z nijakiej elektroniki do charakternego grania na pograniczu klubowej muzyki. Bell bardzo sprawnie posługuje się kontrastami – między agresywnym basem pływają delikatne synthy, a całość pływa w 90’sowej zawiesinie. Tylko czy na numer roku to starcza? [6]

Agata Tomaszewska: Bezlitosny techno-dancehallowy beat i melorecytacja z rosyjskim akcentem to połączenie niemal tak egzotyczne, jak absolwentka konserwatorium muzycznego grająca najntisowe housy w 2016. [7]


3. Frank Ocean: Nights [7.17]

Kamil Babacz: Trochę się poobrażałem w tym roku z Frankiem i wiem, że może nie do końca słusznie. „Nights” to dobry numer, ale nic nie zrobię z tym, że różne fragmenty channel ORANGE robiły na mnie dużo większe wrażenie. Chyba zbyt wiele tu dla mnie grania nastrojem, ale może pewnego dnia… [6]

Joanna Dziel: Przewrotność tego numeru stanowi o jego wyjątkowości wobec reszty utworów na krążku. Frank – mistrz tworzenia atmosfery wokół swojej muzyki, płynnie operuje klimatem tego kawałka, który dzieli się na dwie, zupełnie odmiennie części, pomiędzy którymi udało mu się utrzymać balans jakości. [7]

Jacek Marczuk: Cieszę się, że to właśnie „Nights” wylądowało w naszym singlowym zestawieniu, bo to również jeden z moich prywatnych highlightów z mimo wszystko nieco przeszacowanego przez krytyków Blonde. Praca domowa z czułego, nieoczywistego i minimalistycznego r&b odrobiona na pięć. [7]

Tomek Skowyra: Gdyby cały Blond był tak fantastycznie zaprojektowanym, kompozytowym cudeńkiem wypakowanym hookami, to pewnie na mojej liście roku zameldowałby się co najmniej na podium. [8]

Tomek Skórzyński: W kontekście nowego Franka Oceana mam zawsze jedno przemyślenie – tęsknię za czasami, gdy artyści robili muzykę dla muzyki, nie bawiąc się w sztuki performatywne i nie budując sobie pomników za życia. Jeżeli bardziej jaram się Awaken, my love!, to to coś znaczy. [5]

Agata Tomaszewska: <śmieszkujący komentarz nawet niesilący się na skuteczne przykrycie kompletnej bezradności w obliczu tego kawałka> [10]

2. Rae Sremmurd: Black Beatles [7.33]

Kamil Babacz: Był w tym roku jeden numer, którego twórcy poszli wbrew temu, co uznaje się za podobające się masom i odnieśli pełen sukces artystyczny i komercyjny. Mike WiLLowi i braciom z Atlanty udała się sztuka wstawienia na szczyt Billboardu utworu, który brzmi jak nic, co słyszeliśmy do tej pory, ale też który emanuje przebojową uniwersalnością. Takie cechy mają największe kamienie milowe popkultury. [9]

Joanna Dziel: Nic szczególnego tu nie usłyszałam. [5]

Jacek Marczuk: Koncentrując się tylko na tegorocznej hip-hopowej estetyce to tylko „Fade” oraz „No Problem” mogą równać się dla mnie w kontekście potencjału singlowego z „Black Beatles”. Wystarczyło jedno „Black Beatles”, żebym mógł wymazać z głowy pewną sytuację z ich ubiegłorocznego warszawskiego koncertu i spojrzał na nich poważniej. Kapitalna robota! [8]

Tomek Skowyra: Wszyscy już słyszeli, Macca propsował, to mi pozostaje tylko przytaknąć i napisać, że to jeden z singli definiujących ten zmierzający ku końcowi rok. [8]

Tomek Skórzyński: Za jedno trzeba Rae Sremmurd pochwalić – dzięki nim Chainsmokers nie zatruwają młodych umysłów z poziomu szczytu listy Billboardu. Nie jaram się natomiast tak, jak Marta Linkiewicz. [6]

Agata Tomaszewska: Uwielbiani od gimbów po McCartneya, a i tak zapamiętasz ich za to, że strącili z pierwszego miejsca Billboardu plagę egipską ukrywająca się pod nazwą Chainsmokers. [8]

1. Rihanna: James Joint [7.83]

Kamil Babacz: W 2016 roku frustrowało mnie rozwadnianie popowego konkretu – czułem zmęczenie wszystkim co wielkie, konceptualne i przesadnie poważne. Okazało się, że wszystko, czego oczekuję dziś od muzyki, ma w sobie „James Joint” – wystarczy mi krótka, nieoczywista melodia zaśpiewana z lekkością na tle basu, który mógłby zagrać Thundercat. W czasach szumu i nadmiaru konkretne 1:12 naprawdę wystarczy. [9]

Joanna Dziel: Od kiedy Zamilska powiedziała, że słucha Rihanny, ja również bez obciachu przyznaję się do tego. Poza tym Anti to naprawdę wyjątkowa płyta, czego przykładem jest „James Joint”, który choć trwa zaledwie minutę, urzeka bezpretensjonalnością, minimalizmem i subtelnym wokalem Riri. [8]

Jacek Marczuk: Doprawdy śliczna miniatura korespondująca zarówno z r&b, jak i z fusion (jakiś Thundercat się wkrada), ale nieco absurdalne jest wybranie jednominutowego kawałka do singli roku. Prawda, koledzy? A tak poza konkursem uważam, że Anti jest najlepszym krążkiem Barbadoski, natomiast „Work” było jedną z najchętniej słuchanych przeze mnie piosenek w tym roku. [6]

Tomek Skowyra: Już pisałem na Rytmach o tym INTERLUDIUM, że dla mnie to jest Rihanna z alternatywnej rzeczywistości, w której współpracuje z Thundercatem czy Hiatus Kaiyote. Słuchanie „James Joint” było najlepiej spędzoną minutą w całym 2016 roku. [8]

Tomek Skórzyński: Ciężko tę miniaturę rozpatrywać w kategorii singla, którym nawet nie była. Chylę jednak czoła przed Jamesem Fauntleroyem i Robertem Shea Taylorem za przemycenie odrobiny SEPTYMOWEGO (a jakże) songwritingu na salony. [7]

Agata Tomaszewska: Ten moment, gdy uświadamiasz sobie, że Rihannie wcale nie jest tak daleko do Franka Oceana, jak myślałaś. [9]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: