Dlaczego musisz iść do kina na Toniego Erdmanna – 5 powodów


01 lutego 2017

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Toni Erdmann, jego wspaniałe włosy i zęby oraz obdarzona nieskazitelnie czystym głosem sekretarka trafili wreszcie na ekrany polskich kin. Może hasło "komedia z Niemiec" nie brzmi dla Was zachęcająco, ale naprawdę - zapomnijcie o innych filmach i idźcie zobaczyć ten, póki go grają.

Pewnie już słyszeliście, że „Toni Erdmann” to dobry film, bo miał wygrać Złotą Palmę w Cannes, ale zaszła jakaś pomyłka. Nominowany jest też do Oscara jako najlepszy film nieanglojęzyczny. Ale to nic o nim mówi. To przede wszystkim totalnie szalone kino. Kiedy je oglądasz, masz ochotę umrzeć. Nie z nudy czy cierpienia wywołanego złym aktorstwem scenariuszem, a z powodu krępującego zażenowania nie do wytrzymania. Na szczęście podczas seansu można je rozładować przez śmiech i to nie jeden raz. Jeśli zastanawiasz się, czy iść na „Toni Erdmann”, może to
Cię przekona:


 

1. Ten film jest jak balon, który w końcu musi pęknąć

toni erdmann

Główni bohaterowie to Winfred – emerytowany nauczyciel gry na pianinie uwielbiający wygłupy i jego córka Ines – pracująca za granicą konsultantka w wielkiej korporacji. Winfred nieoczekiwanie i bez zaproszenia postanawia odwiedzić córkę w Bukareszcie. Ines nie jest zachwycona, gdy jej ojciec podważa cały świat, w którym się obraca. Próbuje przywrócić zestresowanej córce radość życia, ale wcale nie jest tak otwarty i krytyczny, jak uważa. Wciska się do jej życia, co wywołuje kaskadę gagów z serii „przyprowadź swojego żenującego tatę do pracy”. Ale to dopiero początek tego, co się między nimi wydarzy. Nie martwcie się, nie zdradzam za wiele – i tak nie dacie rady przygotować się na finał.

 

2. Najlepsza odtrutka na korpoświat

Niezależnie od tego, czy upatrujesz w korporacji całego zła świata epoki późnego kapitalizmu, czy cieszysz się ze swojej karty Multisport i prywatnej opieki zdrowotnej, powinieneś obejrzeć „Toniego Erdmanna”, bo to bardzo trafna satyra na cały korporacyjny świat. Wytyka wszelkie jego grzechy – od korpomowy, przez poświęcenie każdego elementu życia pracy, po żerowanie na nierównościach i rozkładanie na inne osoby odpowiedzialności za decyzje mające wpływ na życie setek ludzi. Jeśli grozi Ci fakap, a szef nie daje Ci dobrego fidbeku na Twój performens, z „Tonim Erdmannem” nabierzesz dystansu.

 

3. Kolejny głos za tym, by zdelegalizować coaching

Kiedy Winfred wdziera się w życie Ines, nakłada perukę, sztuczne zęby i przedstawia się – oczywiście – jako coach. Na pytanie jej koleżanek, w czym się specjalizuje, odpowiada krótko, że w życiu, co nie dziwi ich bardziej niż jego wygląd lub dziwaczne historie. Niedługo później jedna z nich proponuje mu współpracę – jego największym grzechem okazuje się brak wizytówki. Gdy Toni pojawia się w firmie Ines, ta przedstawia go swojemu szefowi jako coacha, którego zatrudniła firma, by zintegrować zespół. Także nawet krzywe zęby, puszczanie bąków w miejscu publicznym i mówienie kompletnych bzdur nie zaszkodzą Ci, dopóki przedstawiasz się jako coach.

 

4. Wspólna scena muzyczna Winfred i Ines to mistrzostwo

Scena, w której Ines zmuszona jest przez swojego ojca do zaśpiewania piosenki Whitney Houston podczas przyjęcia, na którym oboje są niespodziewanymi gośćmi, wejdzie do kanonu kina. Z twarzy Ines ciężko wyczytać, co właściwie wtedy czuje, ale sposób, w jaki wyśpiewuje kiczowaty tekst piosenki o miłości do samej siebie, powoduje, że ogląda się to co najmniej niewygodnie. Z jednej strony można wyczuć, że to prawdopodobnie piosenka, którą jako dziewczynka często ćwiczyła ze swoim ojcem, z drugiej wykonanie naładowane jest kpiną niszczącą wszelkie ciepłe wspomnienia, jakie oboje mogli mieć z nią związane.

 

5. Bez taniego moralizatorstwa

Chociaż Toni wjeżdża w świat Ines niczym buldożer, tak naprawdę jest równie samotny, jak ona. Problem nie polega na tym, czy przekona ją do tego, że nie jest szczęśliwa w wyścigu szczurów, ale czy uda mu się odbudować zerwaną więź z córką. „Toni Erdmann” nie jest ani cukierkową historią z tanim morałem, ani tragedią bez rozwiązania, ani prostą komedyjką – jest przekonującym filmem o prawdziwych ludziach, tak jak najlepsze kino, trochę większym niż życie – czasem boleśnie smutnym, czasem strasznie śmiesznym, momentami pełnym celnego realizmu i ze scenami przekraczającymi granicę absurdu.

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: