Szklany sufit. Bolączka małej wytwórni rapowej?


23 sierpnia 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Prowadzenie małego labelu w świecie polskiego rapu to nie wcinanie słodziutkiego pączka z lukrem, o czym przekonują doświadczenia byłych i obecnych włodarzy rodzimych wytwórni.

„Jestem świadomy tego, że większe labele dają większe możliwości. Czasem myślimy o sobie jak o Ajaxie Amsterdam rapu, szkoda tylko, że przy transferach młodych i perspektywicznych raperów nie otrzymujemy ekwiwalentu za wyszkolenie” – mówi Tomasz Wicher Wichrzycki, działający w prężnie rozwijającym się labelu 3/4 UDGS. Z pełną świadomością porusza problem, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć dobrze zapowiadająca się wytwórnia. Dla wielu z tych działających dawniej oddawanie najlepiej rokujących artystów okazywało się pocałunkiem śmierci.

Jak upadać z wysokiego konia, to do Bałtyku

Sztandarowy przykład nasuwa się sam. Ulokowany nad morzem High Time miał w katalogu raperów, którzy stali w przedsionku do zrobienia dużej kariery: HuczuHucza, Rovera, Gedza… O ile dwaj ostatni budowali swoją pozycję długimi miesiącami i ostatecznie, dzięki solidnej pracy w podziemiu, zwrócili uwagę większych wytwórni, o tyle przypadek tego pierwszego nadal potrafi działać na wyobraźnie całej rzeszy młodych nawijaczy.

Hucz niemal z dnia na dzień pokonał kilka poziomów popularności – od artysty promującego się na Ślizgu (najważniejsze forum rapowe w kraju) aż do twórcy strzału w środek tarczy w postaci niezwykle nośnego utworu „Gdyby nie to”. Dobrze przyjęty album Po tej stronie raju (2011), wydany zresztą w HT, był polskim undergroundowym fenomenem pod względem sprzedaży, liczonej w tysiącach egzemplarzy. To musiało zwrócić uwagę większych graczy i tak oto HH znalazł się w Prosto, w którym wydał kolejny album dopiero dwa i pół roku później. Album – dodajmy – który szału nad Wisłą nie zrobił.

Lepiej powiodło się Roverowi w Step Records, choć i tu można śmiało mówić o znalezieniu swojego miejsca na średniej półce pozwalającej koncertować tu i tam. A Gedz? Cóż, czas pokazał, że to on ma największe szanse na duże granie, co zresztą wykorzystuje w rozsądny sposób, współpracując od lat z UrbanRec i rozwijając własną markę Niebo Nie Jest Limitem. High Time zaś mimowolnie wypuszczał kolejnych artystów i raz na jakiś czas pomstował na to, że potentaci przychodzą na gotowe. Słuch zaginął o nim w 2014 roku.

Headlinerze! Przybądź!

Inni jednak nadal walczą o byt i rozwój. Kolejne labele wyskakują jak grzyby po deszczu, ale kolorowo nie jest. Stołeczny Lekter stracił Otsochodzi, jednego z najlepszych nawijaczy młodego pokolenia, na rzecz Asfaltu, ale ten transfer przebiegał w miłej atmosferze – przyjaźń się nie załamała, a szefostwo macierzystej wytwórni było wręcz zadowolone, że ich podopieczny może teraz wystrzelić w kierunku jeszcze większej popularności. Plan biznesowy również się nie załamał, bo przyszli kolejni rokujący, jak chociażby Szopeen. Typowa sytuacja win-win.

Jak dotąd nie doświadczyli jej włodarze wspomnianego 3/4 UDGS i powstałego w Gorzowie Wielkopolskim Superlativez. Ten sam rok, który przyniósł upadek HT, dał im impuls do działania. Zarówno Tomasz Wichrzycki (3/4), jak i Piotr Grabson Grabowski (Superlativez) wiedzą, że największą przeszkodą są finanse, więc trzeba nadrabiać wizją, zaangażowaniem i byciem ludzkim w kontaktach z twórcami. Bielskie wydawnictwo ma w swoich szeregach raperkę Ad.M.ę, która robi zamieszanie w Polsce i już teraz ma z pewnością lukratywne propozycje od rymobitowych majorsów. Czy zostanie? Trudno powiedzieć, ale UDGS ją wciągnął: przebywa w Bielsku-Białej, bo to nie tylko urokliwe miasto, ale również własne studio nagraniowe labelu pod nosem, a zawiadujący chcą z niej uczynić headlinera swojego długofalowego projektu. Najpoważniejszym kandydatem na fajną przygodę z muzyką jest dla SL za to BZN, autor ciekawego „Reditum” – na razie dużo mniej znany szerokiej publiczności, ale z dużym potencjałem.

Różne są okoliczności powoływania do życia nowych tworów, ale powód zawsze ten sam: zajawka. Często okupiona nadwątleniem finansów, siedzeniem po nocy i nadprogramowym stresem, ale prowadząca do osobistego spełnienia – także, gdy ktoś, na kogo się postawiło, osiągnie sukces. „Kluby piłkarskie dostają procent z przyszłych transferów swoich wychowanków, tak samo w przypadku małych labeli: ten procent przybierze formę szacunku i uznania” – komentuje Grabson, który przyznał wcześniej, że szklanego sufitu nie ma, jeśli odpowiednio zdefiniujesz swój cel.

 

Sprawdź także:

Kuba Knap: Styl życia beja [rozmowa]

9 tysięcy osób nie może się mylić. Polish Hip-Hop TV Festival jest naprawdę mega

Spinache: „Nie mam powodu, żeby mówić, że coś jest nie tak” [wywiad]

Prowadzenie małego labelu w świecie polskiego rapu to nie wcinanie słodziutkiego pączka z lukrem, o czym przekonują doświadczenia byłych i obecnych włodarzy rodzimych wytwórni. „Jestem świadomy tego, że większe labele dają większe możliwości. Czasem myślimy o sobie jak o Ajaxie Amsterdam rapu, szkoda tylko, że przy transferach młodych i perspektywicznych raperów nie otrzymujemy ekwiwalentu za […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: