Polskie płyty, które zasługują na „efekt Wodeckiego”


21 września 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Zbigniew Wodecki w ostatnim wywiadzie zapowiedział, że wraz z Mitch & Mitch zamierza do końca roku odegrać trzy koncerty, po czym kończą współpracę. To koniec pewnej ery, w której okazało się, że polska muzyka może być fajna i pasować do festiwali z muzyką alternatywną. W kolejce wciąż czeka jednak kilka płyt, które także zasługują na drugie życie.

Od czasu odkrycia pierwszej płyty Zbigniewa Wodeckiego na nowo zaczęto przyglądać się polskiej muzyce sprzed wielu dekad. Owszem, były wcześniej składanki kompletujące polskie archiwa funku czy jazzu, ale to właśnie live-album Wodeckiego pojawił się na pierwszym miejscu listy OLiS, był odgrywany na wielkich festiwalach (bo oprócz OFF-a był jeszcze tegoroczny Open’er) oraz zdobył Fryderyka. To nie byle żarty, a kto był na tych koncertach, ten wie, że mieliśmy do czynienia z czymś historycznym.

1976: A Space Oddysey, czyli zapis live, pokazał również Wodeckiego z zupełnie innej strony. Nagle muzyk, dla wielu kojarzony z takimi hitami jak „Zacznij od Bacha” czy „Pszczółka Maja”, nie tylko grał na żywo piękne kompozycje utrzymane w duchu klasyków barokowego popu, ale i porywał się na cover brazylijskiego klasyka, Jorge Bena, a refren tego utworu śpiewały tysiące zgromadzonych pod sceną osób.

Smaczku dodawało to, że pierwsze koncerty z tym ponad 30-letnim materiałem były jego wykonaniami premierowymi. Ilu z takich albumów nie było granych przez lata, a są prawdziwymi perełkami rodzimej fonografii? Czy debiut Wodeckiego to jedyny album, który zasługuje na porządną rekapitulację? Otóż nie – poniższe płyty także powinny dostać taką szansę.

 

Ewa Bem – I co z tego masz? (1986)

Ewa Bem - I co z tego masz?Tego albumu do dziś nie ma na CD-ku, a zawiera nawet coś więcej niż może najlepszą próbę przełożenia jazzowego fusion na polski, popowy grunt! To dziwna, nieco psychodeliczna płyta, trudna do sklasyfikowania, co tylko dodaje jej uroku. Zarówno strona tekstowa i wokalna, gdzie Ewa Bem wyśpiewuje piękne teksty Wojciecha Jagielskiego, jak i muzyczna, autorstwa, m.in., Krzysztofa Ścierańskiego czy Andrzeja Przybielskiego, wciąga i motywuje do odkrywania z każdym odsłuchem coraz to ciekawszych fragmentów. Koniecznie sięgnijcie po ten album, w szczególności że zostały ostatnie ciepłe dni – idealnie pasuje.

 

Andrzej Dąbrowski – Andrzej Dąbrowski (1974)

Andrzej DąbrowskiPrzez wiele lat nieobecny na scenie, dał o sobie przypomnieć gościnnym występem na projekcie Albo inaczej. Tam też pokazał, że wciąż potrafi zaśpiewać z klasą i przenieść słuchacza do czasów Franka Sinatry. Smutnym jest fakt, że dla większości ten wykonawca to tylko „Do zakochania jeden krok”. Rewaloryzacja tego albumu jest czymś bardzo potrzebnym, w szczególności, że Dąbrowski wciąż jest w dobrej formie wokalnej.


 

Papa Dance – Papa Dance (1985) / Poniżej Krytyki (1986)

Andrzej DąbrowskiNa zachodzie mieliśmy takie zespoły jak The Human League, ABC czy Duran Duran, a w Polsce mieliśmy Papsów. I choć to dla wielu synonim kiczu, a patrząc na ich zdjęcia ciężko uwierzyć, że mogli nagrywać fajne piosenki, dwie pierwsze płyty tego zespołu to po prostu najlepszy w Polsce synth-pop. Rok temu obchodziliśmy trzydziestolecie debiutu, w tym roku taka sama rocznica przypadła sequelowi. To chyba najwyższy czas, aby pokazać masowemu odbiorcy, ile smaczków, które ciężko dostrzec słysząc w telewizji przy obiedzie „Nasz Disneyland”, mają w sobie te piosenki. Paweł Stasiak przyznał kiedyś w wywiadzie, że jeśli dostałby propozycję zagrania materiału którejś z tych płyt w całości, byłby wraz z zespołem na tak. Dlaczego by więc nie spróbować?


 

Maryla Rodowicz – Sing-Sing (1976)

Maryla RodowiczMaryla Rodowicz dzisiaj częściej budzi uśmiech politowania, niż muzyczne emocje, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie to, jak krytykowała reprezentację Polski po meczu z Portugalią. Rodowicz ma jednak w swojej dyskografii perełkę jazzowego folk-popu, nagraną z takimi artystami jak Jacek Mikuła (znany m.in. z najlepszych nagrań wspomnianej Bem), Wojciech Karolak i Seweryn Krajewski. Tytułowy „Sing-Sing”, „Ludzkie gadanie” czy „Lubię nas” to zupełnie inna twarz Maryli, niż ta znana z Sylwestra z Polsatem.


 

Krzysztof Penderecki – Matrix 5 (1994)

Maryla RodowiczCo jakiś czas w Polsce odgrywane jest Music for 18 Musicians Steve’a Reicha. Trzy lata temu na Openerze przez Ensemble Modern, w tym roku przez Pianohooligan i NOSPR na Tauron Nowa Muzyka Festiwal. Na tym samym festiwalu mieliśmy również okazję usłyszeć Koncertu na klawesyn i orkiestrę smyczkową op. 40 Henryka Mikołaja Góreckiego. Dlaczego by więc nie pójść o krok dalej i nie zaprosić na festiwal muzyczny Pendereckiego (który przecież na Openerze był obecny wraz z Jonnym Greenwoodem w 2012 roku), aby dyrygował orkiestrze, która odegrałaby ten, dla wielu nieznany, album? To najbardziej esencjonalne dzieło polskiego kompozytora zasługuje aby dotrzeć do szerszej świadomości, w szczególności że pokazuje jak ewoluował jego styl od późnych lat pięćdziesiątych po wczesne siedemdziesiąte. W skrócie – lekcja klasyki połączona z przeżyciem koncertowym.

Sprawdź także:
10 polskich płyt, na które czekamy tej jesieni

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: