NeSpoon: “Street-art pachnie wolnością”


08 maja 2019

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

NeSpoon - jedna z najciekawszych reprezentantek polskiego Urban-Artu. Tworzy na pograniczu street artu, tradycyjnej ceramiki warsztatowej, rzeźby i malarstwa. 

Artystka od lat eksploruje motyw koronek, którymi upiększa cały świat. O jej pracach piszą światowe magazyny, a my przybliżamy sylwetkę NeSpoon polskim czytelnikom.

W wywiadzie NeSpoon opowiada o fascynacji motywem koronki, polskim nieładzie urbanistycznym, historii graffiti w Polsce, znakomitych artystach ze swojej pracowni i współpracy z Instytut Festivalem.

Twoje prace to połączenie street artu, ceramiki, koronczarstwa i malarstwa. Czujesz się artystką interdyscyplinarną?

NeSpoon: Nie potrafię robić wyłącznie jednej rzeczy, ceramiki, instalacji czy muralu, skaczę od jednej techniki do drugiej, czasem je łączę, wciąż poznaję nowe. Szybko się nudzę, dla mnie najważniejszy jest ruch, zmiana.

Twierdzisz, że w koronki wpisany jest kod estetyczny, tkwiący głęboko w każdej kulturze. Jest w nich symetria, ład i harmonia, której instynktownie szukamy. Jak zaczęła sie twoja fascynacja nimi?

Kiedyś nie lubiłam koronek, kojarzyły mi się ze starociami, kurzem, czymś estetycznie obciachowym. Z kiczem. Kiedy zajęłam się ceramiką, okazało się, że koronki są powszechnie używane do odciskania wzorów w glinie. Zrobiłam mnóstwo takich naczyń, w pewnym momencie miała je już cała moja rodzina i większość znajomych. Zaczęło być nudno. Wtedy doszłam do wniosku, że te koronkowe wzory są tak piękne, że nie potrzebują jakiegoś szczególnego powodu, typu talerz czy kubek, żeby zaistnieć. Zrobiłam więc pierwszą serię ceramicznych koronek i przykleiłam je do ścian w mieście, dla ludzi. Potem zaczęłam je też malować w wielkiej skali i tak poszło. Koronki to jednak tylko jeden z moich projektów, choć najbardziej znany. Mam mnóstwo innych, ale te nie są tak clickbaitowe, pokazuję je głównie w galeriach i muzeach.

Upiększaniem przestrzeni miejskiej swoimi pracami zajmujesz sie już od 10 lat. Mówisz, że robisz to nie tylko dla siebie, ale też  dla innych, którzy tu pojawią sie za chwilę. Czy twoje idealistyczne podejście napotyka czasem na przeszkody bądź zwykłe niezrozumienie?

To prawda, pierwszą koronkę przykleiłam do muru na warszawskim Bemowie równo 10 lat temu. Lubię teraz mówić, że urodziłam się w 2009 roku. Przez ten czas nie spotkałam się z jakimiś specjalnymi przeszkodami – może poza policją, która mnie czasem łapie i legitymuje, ale zawsze rozchodzi się to po kościach. Zdecydowanie nie ma tu równości płci, bo gdybym była chłopakiem w kapturze malującym litery, byłyby spore kłopoty. Natomiast często nakrywa mnie ktoś przypadkowy, gdy odbijam szablon albo naklejam ceramikę. Reakcje są zwykle pozytywne. Kiedyś w Warszawie malowałam nielegalnie sporą rzecz i zatrzymała mnie policja. Wtedy w mojej obronie stanęła grupa starszych pań, takich typowych „moherowych beretów”, które wyszły z pobliskiego kościoła i zobaczyły, co namalowałam. To było bardzo budujące. Internet też dostarcza mi sporo pozytywnych emocji, bo ludzie rzadko mnie krytykują.

Czynisz krajobraz piękniejszym. Jak oceniasz nieład urbanistyczny panujący w naszym kraju? Masz na to jakąś receptę? Jak wyeliminować brzydotę z naszego otoczenia?

Dla mnie estetyka przestrzeni publicznej jest niezwykle ważna, a nasze miasta są szalenie chaotyczne. Natłok reklam, bannerów i billboardów wręcz mnie boli. Jasne, żeby to wszystko naprawić, potrzebne są zmiany systemowe i duże pieniądze, ale można zacząć od siebie i swojego najbliższego otoczenia: dogadać się z sąsiadami, posprzątać wokół domu, pomalować ścianę, zasadzić kwiaty. Własnymi rękami można zdziałać cuda, tylko trzeba chcieć i nie czekać, aż jacyś „oni” to zrobią.

Większość prac wykonujesz poza Polską, dużo podrużujesz. W jakim mieście poczułaś, że street- art jest jego integralną częścią i czujesz się tam najlepiej?

Zdecydowanie Berlin jako numer jeden. Zaraz potem Lizbona. Bardzo wiele miast ma zresztą całe ulice, czy nawet dzielnice, pełne street-artu, to jest świadoma polityka. Takie miejsca budują atmosferę, przyciągają mnóstwo turystów, żyją.

Dużo twoich prac jest tworzona nielegalnie – czy to dodaje kolorytu, dreszczyku emocji? Czym różni się od prac na zlecenie czy festiwalowych?

To dwa zupełnie inne sporty. Inaczej maluje się w nocy, gdzieś na ulicy, z napiętymi nerwami, a inaczej w dzień, na podnośniku i jeszcze za kasę. Wszystkie tak zwane festiwale street artu to tak naprawdę festiwale muralizmu, który został przez street art wchłonięty. Wszystko jest legalne, ustalone i opłacone. Mieszkasz w hotelu, pracujesz kilka dni na podnośniku, ktoś martwi się o to, żebyś miał farby i jedzenie o odpowiedniej godzinie. Prawdziwy street art jest oddolny, spontaniczny, wszystko zależy od decyzji artysty i ryzyka, jakie jest gotów podjąć. Stosuje się inne, szybkie techniki aplikacji. Ten dreszczyk emocji jest bardzo ważny, wręcz uzależniający. Ja za każdym razem, gdy jadę na festiwal czy na zaproszenie jakiejś galerii, robię również te nielegalne rzeczy, maluję na mieście. Działanie na własną rękę jest sednem bycia artystą ulicznym, według mnie nie powinno się tego porzucać. Wielu artystów streetowych, gdy zdobywa fejm i przechodzi do legalnego obiegu, trochę o tym zapomina. Odpuszczają.

Ty jednak nie zapominasz skąd pochodzisz, co cię ukształtowało…

Tak naprawdę to zaczynałam od malarstwo olejnego, sztalugowego. Malowałam przez wiele lat płótna, ale cały czas czegoś mi w tym brakowało. Na przykład zawsze czułam, że chcę malować duże formaty, a największe płótno, jakie byłam w stanie sama przenieść, miało 140 na 140 cm, bo taką mam rozpiętość ramion, więc to mnie ograniczało. Dopiero potem wybrałam ulicę i okazało się, że to jest to. Tu formaty mogą być naprawdę duże…

Uczestniczysz w wielu imprezach branżowych na świecie . Które eventy mają obecnie największą renomę i jak na tle świata wypadają polscy twórcy?

Tych imprez jest bardzo dużo. Myślę, że najbardziej prestiżowymi wydarzeniami są festiwal NuArt, który ostatnio przeniósł się ze Stavanger w Norwegii do Aberdeen w Szkocji, oraz Wynwood Walls, który towarzyszy targom sztuki w Miami. My mamy naprawdę sporą reprezentację muralistów rozpoznawalnych na całym świecie, nie ma się czego wstydzić. Street-art jest egalitarny dzięki dostępowi do internetu. Nie ma znaczenia czy pochodzisz z Nowego Jorku czy niewielkiego miasta w Polsce, jeśli masz talent i swój własny styl. Nie wystarczy jednak dobrze malować, trzeba mieć też pomysł na siebie, na promocję swoich prac, no i cały czas pracować.

Sztuka graffiti w Polsce liczy już kilkadziesiąt lat. Jak z perspektywy tego czasu wygląda ta scena?

W świecie urban artu zaszły przez ostatnie 20-30 lat olbrzymie zmiany. W Polsce korzenie tej twórczości tkwią w graffiti wolnościowym lat 80. i w fali graffiti amerykańskiego, która dotarła do Polski w latach 90. To zjawiska, którym w tamtych czasach kompletnie nie nadawano rangi sztuki. Były amatorskie, niezależne, drapieżne. Na dobre rozwój gatunku zaczął się po roku 2000., ale artystów, często znakomitych malarzy po akademiach, uważano wciąż za dzieciaki ze sprejami i nie traktowano poważnie. Samo graffiti stało się jednak modne. Zaczęto używać tej stylistyki w reklamach, pojawiły się firmy streetwearowe Mnóstwo grafficiarzy to na co dzień graficy i projektanci.

Wszystko zmieniło się po roku 2010, kiedy miasta otworzyły się na malowanie dużych ścian, a muralizm został uznany za część street artu i stał się popularny. Pojawiły się pieniądze, zamówienia, a wraz z nimi oczekiwania zamawiających w stosunku do tego, co powstaje. To w sumie forma cenzury. Street art stracił pazur. Początkowo murale miały charakter wyłącznie artystyczny, dziś jednak większa część tego, co się maluje w Polsce, to niestety reklamy lub propaganda patriotyczna. Trudno to nazwać street artem, ale wielu ludzi z tego żyje. Można to nazwać komercjalizacją.

Jesteś związana z warszawską pracownią N22 na Mokotowie, skupiających wielu twórców urban artu i grafików. Oprócz ciebie można tam spotkać Szymana, Zbioka, Matcheza, Gregora Gonsiora, z Gdańska wpada Krik, z Poznania Someart, ze Szczecina Lump… Do tego pracujecie w pełnej komitywie, co kłóci się z obiegową opinią o konkurencji i zawiści w świecie sztuki. Jak tworzy się taką domową atmosferę?

Naszą pracownię stworzył SC Szyman i to on jest dobrym duchem tego miejsca. Ciągle coś organizuje, kogoś zaprasza, robi jakieś zbiorowe wystawy i wspólne akcje, łączy miasta i ekipy. W street arcie kolaboracje, czyli współpraca artystów, kolektywność tworzenia, jest na porządku dziennym. To wywodzi się chyba z kultury writingu i graffiti jamów, gdzie ekipy często malują wspólnie. To zupełnie inna postawa niż w pozostałych dziedzinach sztuki, tam artyści grają wyłącznie na siebie. My często malujemy razem, jeździmy na pustostany, czy wychodzimy wieczorem do miasta, żeby coś zniszczyć (śmiech). To działa też na poziomie globalnym. Na międzynarodowych festiwalach wszyscy jesteśmy umazani farbą, wszyscy jesteśmy „ziomkami”, wszyscy jesteśmy równi i wieczorami, po pracy, pijemy razem piwo.

W zeszłym roku wasza pracownia była zaangażowana w produkcję Instytut Festivalu w Modlinie. Czy sztuka dobrze współgra z muzyką – w tym przypadku  – techno?

Uważam, że połączenie sztuki z muzyką jest bardzo istotne, robi to coraz więcej festiwali na świecie. Poza tym, w narastającej konkurencji, estetyka wydarzenia ma coraz większe znaczenie. Koniec z nachalnymi bannerami, napojami w plastikowych kubkach i tandetnymi gadżetami sprzedawanymi w plastikowych namiotach! Kiedy wchodzi sztuka, festiwal zyskuje na atrakcyjności, pojawia się inna, bardziej świadoma publiczność. Instytut Festival odbywał się w pięknej przestrzeni, która bardzo ułatwiła nam działanie, a my wydobyliśmy z niej to, co najlepsze.

Obserwuj NeSpoon na:
Instagram I Facebook I YouTube I Behance


ZOBACZ: NeSpoon

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: