fot. własna/ materiały prasowe

Mac DeMarco – najlepszy z idoli, któremu nie zależy


20 stycznia 2023

Obserwuj nas na instagramie:

Właśnie ukazała się jego nowa instrumentalna płyta. Five Easy Hot Dogs to zapis zmieniającej życie podróży przez Amerykę, nocowania w samochodzie i w obskurnych hotelach, a także walki z samym sobą. Mac DeMarco wraca bogaty o nowe doświadczenia, ale wciąż szczęśliwy.

Trochę jak mem

Przy pierwszym przesłuchaniu nic się tu nie zgadza. Rozstrojone, jazgoczące gitary, jakość nagrania niczym z piwnicy u szwagra, nucąco-bełkoczący wokal, który trafia tylko w co którąś nutę. Do tego wizerunek, delikatnie mówiąc, znacznie odbiegający od idoli pozujących na Instagramie: rozciągnięta, dresowa bluza, wytarta czapeczka, niechlujny zarost i nieodłączny papieros, niemal przyspawany do ręki. „Jestem trochę jak mem” – mówił kilka lat temu w wywiadzie dla „New York Timesa”, dodając, że wiążą się z tym konkretne oczekiwania fanów. Choćby takie, żeby znów włożył sobie papierosa w dziurę między zębami.

„To było szaleństwo”

Mac od początku miał po prostu wyjebane. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Pierwszą gitarę kupił za 30 dolarów, a efekty gitarowe, których używał, mogły rodzić pytanie, czy wszystko robi ironicznie. Kiedy jego kariera wybuchła, mógł chodzić w sneakersach za kilka tysięcy, ale wolał sprane, dziurawe trampki. Mógł jeździć czym chciał, ale wybierał samochody, które kosztowały maksymalnie 3 tysiące dolarów. A „kontakt z fanami” nie był dla niego łaskawym podpisaniem kilku autografów i koszulek po koncercie, a zaproszeniem ich gremialnie do swojego domu w Nowym Jorku „na kawę”. Podał przy tym pełny adres. I choć początkowo zapewniał, że przyszło do niego tylko około 30 osób, niedługo później mówił już o tysiącach dzieciaków. „To było szaleństwo. Bardzo mi się to podobało”, tłumaczył.

Książę indie rocka

I za to właśnie go kochamy. Na ile to tylko wystudiowana poza? 32-letni Kanadyjczyk z jednej strony porywał tłumy (Open’er 2016, pamiętamy) i występował na największych festiwalach na całym świecie, gromadząc masy bliźniaczo podobnych do swojego idola ludzi. Z drugiej był otwartym, niepoważnym, za wszelką cenę uciekającym od PR-owych machin artystą, który (wydawałoby się) robił wszystko odwrotnie. „Prankster”, „książę indie rocka” „Bill Murray muzyki” – dziennikarze muzyczni prześcigiwali się w kolejnych tytułach, a DeMarco tłumaczył, że jest po prostu „fatalnym aktorem, ale jest za to niezły w odgrywaniu samego siebie”. „Po prostu jestem sobą” – słyszeliśmy tę frazę z ust miliona ust muzyków, którzy tworzą bliźniaczo podobne do siebie kawałki, które idealnie wpisują się w to, co akurat teraz jest modne i poniesie się szeroko. W przypadku Maca DeMarco aż chce się jednak w to uwierzyć i mu zaufać.

Mac Demarco
fot. materiały prasowe

Muzyka do czilowania na kanapie

DeMarco nie szuka hitów. Jego najwyżej notowany album na liście Billboardu, Here Comes The Cowboy debiutował na 10. miejscu i pozostał na nim zaledwie tydzień. Choć jego najpopularniejszy na Spotify utwór z albumu Salad Days ma dziś ponad 400 milionów odtworzeń, jego brzmienie i forma w niczym nie przypomina indie-przebojów z 2. dekady XXI wieku. To raczej utwór do czilowania na kanapie ze znajomymi niż wyśpiewywania refrenu w tłumie na koncercie. Nigdy nie wszedł do bezpośredniego mainstreamu, a mimo wszystko nieustannie z nim flirtuje, obracają się w kręgach znanych muzyków. Co jednak najważniejsze, ma oddany mu od lat fanbase, który pochłania nie tylko jego stylówkę, ale też kolejne wydawnictwa.

Pięć łatwych u̶t̶w̶o̶r̶ó̶w̶ hot dogów

„Po prostu dobrze się bawimy” odpowiadał ponad 5 lat temu Mac pytany o to, jak z jego perspektywy przebiega jego kariera. Ale po ponad dekadzie na scenie nie można oczekiwać, że jego podejście się nie zmieniło. Wizerunek DeMarco ewoluował – mimo że jako bliski przyjaciel nieodżałowanego Maca Millera nie raz z nim imprezował, w porę zorientował się, że to droga donikąd. Parę lat temu przestał pić, a niedawno rzucił palenie – do niedawna swoje znaki rozpoznawcze. Jego najnowsza, pojawiająca się właśnie w streamingach płyta, akustyczna Five Easy Hot Dogs, to też w dużej mierze zmiana dotychczasowego kierunku.

Podróż przez Amerykę

Żeby ją stworzyć, Mac wyruszył w trasę przez Kanadę i Stany, obiecując sobie, że nie wróci do domu, póki nie będzie miał gotowego materiału. Słowa dotrzymał, mimo że – jak sam twierdzi – zdarzało mu się spać w swojej ciężarówce na pustyni w Północnej Dakocie przy minus 40 albo nie spotkać żywej duszy przez 3 dni. Słychać, że „Five Easy Hot Dogs” powstawało w innych warunkach niż wcześniejsze płyty DeMarco. I da się też zauważyć, że to zupełnie inna osoba niż Kanadyjczyk-mem z czasów „Salad Days”. Trudno sobie wyobrazić, że jego najnowsza płyta zawojuje streamingi i objawi się jako stadionowe hymny, ale równie trudno sobie wyobrazić, że Macowi jakkolwiek na tym zależy.

Mac Demarco
fot. materiały prasowe

Właśnie ukazała się jego nowa instrumentalna płyta. Five Easy Hot Dogs to zapis zmieniającej życie podróży przez Amerykę, nocowania w samochodzie i w obskurnych hotelach, a także walki z samym sobą. Mac DeMarco wraca bogaty o nowe doświadczenia, ale wciąż szczęśliwy. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →