Dziewczyna z pociągu: Wykolejona [recenzja filmu]


07 października 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Dziewczyna z pociągu zapowiadała się na godną następczynię Zaginionej dziewczyny, ale okazała się tylko jej ubogą krewną. Nie ta klasa, nie ten styl.

Nie żeby materiał źródłowy pozwalał na wiele. Powieść Pauli Hawkins to jeden z tych bestsellerowych kryminałów, gdzie największą zagadką pozostaje jego popularność. Blurby na okładce informują o „najszybciej sprzedającym się debiucie dla dorosłych w historii brytyjskiego rynku” oraz o tym, że „co 6 sekund ktoś w Stanach Zjednoczonych kupuje tę książkę”. Imponujący sukces marketingowy, niemniej nazywanie Hawkins na tej samej obwolucie „Alfredem Hitchcockiem nowego pokolenia” to już ewidentne przegięcie.

Dziewczyna z pociągu jest przyzwoitym czytadłem na plażę czy właśnie do pociągu, o klasę/dwie lepszym niż nieszczęsne Pięćdziesiąt twarzy Greya, ale też dużo słabszym niż cokolwiek, co kiedykolwiek wyszło spod ręki Agathy Christie, Patricii Highsmith czy Stiega Larssona. Autorce brakuje wyrazistego stylu, za to skłonności do taniego psychologizowania ma dla odmiany aż nadto. Mimo to trzeba jej zarazem oddać, że wymyśliła całkiem zgrabną, wielopiętrową intrygę, mogącą z powodzeniem służyć za budulec dla porządnego dreszczowca.

662542-1

Dziewczyna z pociągu

Sprawnie zmontowany trailer takie właśnie widowisko zapowiada – seks, przemoc, suspens oraz oczywiście Tajemnica. Niestety, finalny produkt to ciężkostrawny miszmasz motywów z Zaginionej dziewczyny, Okna na podwórze i thrillerów erotycznych z lat 90. w rodzaju Nagiego instynktu czy Fatalnego zauroczenia.

Finalny produkt to ciężkostrawny miszmasz motywów z Zaginionej dziewczyny, Okna na podwórze i thrillerów erotycznych z lat 90. w rodzaju Nagiego instynktu czy Fatalnego zauroczenia.

Fabularnie film nie odchodzi znacząco od pierwowzoru, poza tym że akcję przeniesiono z Anglii na nowojorskie przedmieścia, a tytułowa bohaterka, chodzące nieszczęście, alkoholiczka-rozwódka codziennie szpiegująca z okna pociągu nową rodzinę eks-męża oraz inne szczęśliwe małżeństwo z sąsiedztwa, nie ma już nadwagi, lecz nienaganną sylwetkę Emily Blunt, która nawet z podkrążonymi oczami, potargana i bez makijażu prezentuje się atrakcyjnie. To jeszcze naturalnie nie zarzut. Gorzej, że ta świetna aktorka, choć miewa tu doskonałe momenty, gdzie podobnie przekonująco jak w Sicario oddaje panikę i bezradność swojej postaci, przez większość czasu jest zmuszona bełkotać i obnosić minę zbitego psa, co przy zbliżeniach dawkowanych bez umiaru wypada karykaturalnie.

Blunt jednak ma przynajmniej coś do zagrania, w przeciwieństwie do reszty utalentowanej skądinąd obsady (Rebecca Ferguson, Haley Bennett, Luke Evans, Allison Janney), marnującej się pośród deklaratywnych dialogów i kuriozalnych sytuacji. Intryga frapująca na papierze, na ekranie zamienia się w chaotyczny ciąg retrospekcji. Narracja jest rwana, inscenizacja – rodem z telewizyjnych obyczajówek z Hallmarku czy Lifetime, napięcie – szczątkowe.

Ostatecznie film nie sprawdza się ani jako thriller, ani jako psychodrama, ani jako feministyczny traktat o męskich manipulatorach z prąciem w miejscu głowy. W finałowej scenie z korkociągiem, gdzie nieoczekiwanie objawia się babska solidarność, opowieść schodzi wręcz w rejony kampowego kina klasy B – a przy tym wciąż traktuje się śmiertelnie serio.

Szkoda, bo projekt naprawdę miał potencjał. Aktorzy robią co mogą, bardzo dobre są zdjęcia Charlotte Bruus Christensen (Polowanie), dość zajmującą, zgoła nie-elfmanowską ścieżkę dźwiękową przygotował Danny Elfman. Całość wykoleił jednak sam maszynista, Tate Taylor, dotąd spec od „czarnych” dramatów, jak Służące czy Get On Up o Jamesie Brownie. Dlaczego akurat jemu powierzono realizację thrillera, który w rękach kogoś w typie Davida Finchera lub Michaela Manna mógł chociaż spełniać podstawowe zadanie – thrillować – to kolejna zagadka bardziej intrygująca niż samo dzieło.

Sprawdź także:
Kto poczuł pociąg, komu odjechał peron? Popkultura na torach

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: