fot. Szymon Golendzinowski

Deska to uczucie, gdy wyłączasz głowę i odrywasz się od rzeczywistości


14 września 2023

Obserwuj nas na instagramie:

„Poświęciłem się deskorolce, otrzymałem od niej więcej niż sobie kiedykolwiek wyobrażałem, poznałem niesamowitych ludzi i wiele się o sobie nauczyłem” – powiedział nam Marcin, który na desce jeździ już dwie dekady.

Marcin Pawuniak (@juniorlovelife) od 20 lat z sukcesem łączy pasję z pracą, jeżdżąc na desce, pracując w skateshopie i ucząc dzieciaki swojej życiowej zajawki. Rozmawiamy o tym, jak zmieniała się polska scena skate’owa przez ostatnie dwie dekady, a także o magazynach, filmach na kasetach i ziomalach, z którymi jeździł po 10 godzin dziennie. Sprawdzamy też, jak składany smartfon Samsung Galaxy Z Flip5 radzi sobie z nagrywkami trików, dając wolność samodzielnego nagrywania w każdych okolicznościach.

Pamiętasz, kiedy złapałeś zajawkę na deskę?

Jestem pochłonięty przez deskorolkę już dwie dekady. We wczesnym dzieciństwie miałem skromny kontakt z deską – była to plastikowa „rybka”, na której jeździłem na kolanku do sklepu. Ale nie myślałem wtedy o trikach. Jednak w 2003 roku, mając 13 lat, zainspirowany światem deskorolki, który widziałem w programie „Betonowa Fala” z kanału Extreme Sports Channel, namówiłem mamę na pierwszą deskę z supermarketu. Nie wytrzymała nawet jednego dnia. Jednak tyle mi wystarczyło, żeby stwierdzić, że właśnie to chcę robić. Wytłumaczyłem, że potrzebuję profesjonalnego sprzętu. W dniu moich urodzin pojechaliśmy więc do skate shopu „Trik” w centrum handlowym na Pradze i tak to się zaczęło.

Marcin Pawuniak (@juniorlovelife) fot. Szymon Golendzinowski

Jak dalej rozwijała się ta zajawka?

Z czasem ekipa się rozpadła, a ja zacząłem więcej jeździć do centrum, na Witosa, KC, czy pod Kolumnę Zygmunta, gdzie poznawałem ludzi z całej Warszawy. Później powstał skatepark w centrum handlowym Blue City, który był legendarnym miejscem. To był mój drugi dom. Zaczęły pojawiać się kontuzje, głównie skręcone kostki, ale nie rezygnowałem. Miłość do deskorolki była silniejsza od wszelkich przeciwności losu. To skomplikowana relacja, czasami wręcz toksyczna, ale nie mogłem przestać jeździć. Mimo upływu lat miałem taki sam zapał i poświęcałem się coraz bardziej – okresowo rezygnując w pewnym stopniu z życia towarzyskiego i imprez. Deskorolka stała się nie tylko sposobem spędzania czasu, ale też nieodłącznym elementem codzienności i czymś nadającym jej głębszy sens.

Skąd czerpałeś wiedzę na temat deskorolki? Jak to się zmieniało z biegiem czasu?

Głównie z gazet. Wraz z deską ze skateshopu kupiłem pierwszy numer „INFOmagazine” – gazety Andrzeja Skrobańskiego i Kuby Perzyny. Ukazywała się co około 2 miesiące i była dla mnie prawdziwą kopalnią wiedzy. Pozwalała dowiedzieć się o sytuacji deskorolki z całej Polski – kto dostał sponsora, kto zrobił jakiś trik, gdzie znajdują się ciekawe miejsca do jazdy, recenzje filmów i tak dalej. Znajdowały się tam również relacje z zawodów oraz nadchodzące wydarzenia, dzięki czemu można było zaplanować jakiś wyjazd. Poza tym istniały też kasety wideo z filmami deskorolkowymi. Miałem dwie, które znałem na pamięć – były to „Garaż 2″ i „INFO video #11” – polskie produkcje z nagraniami z całej Polski. Wrażenie, jakie na mnie robiły, było nie do opisania. Niedługo później, kiedy pojawił się internet i miałem swój pierwszy komputer, ściągałem różne filmy deskorolkowe z Ameryki, nadrabiając zaległości i poznając nowe produkcje. Po latach wiele gazet przestano wydawać, większość przeniosła się do internetu, a aktualnie najłatwiej po prostu śledzić firmy i skaterów na Instagramie.

Jesteś też trenerem. Co mówisz dzieciakom, które uczysz? Jakie wartości chcesz im przekazać?

Według mnie deskorolka powinna być przede wszystkim zabawą, czymś, co daje ci radość. To nie jest sport, więc to nie powinien być trening. Jeśli ktoś tak do tego podchodzi, nie mam z tym problemu, ale ja to widzę inaczej. Poza dawaniem wskazówek, które przyspieszą ich rozwój, uczę też sposobu myślenia i zdrowego rozsądku. Po wielu kontuzjach wiem, że trzeba zadbać o swoje ciało. Dlatego warto wysypiać się, dobrze jeść, rozgrzewać, rozciągać i ćwiczyć, żeby być odpornym na wszelkie przeciążenia i upadki, które nas czekają. Jeśli chcesz to robić przez większość życia, moim zdaniem jest to istotne. Poza tym jest jeszcze kwestia tego, co sobą reprezentujesz. Szanuję ludzi, którzy szanują innych ludzi, a także miejsce, gdzie jeżdżą i to staram się przekazać. Byłem wiele razy w sytuacji, gdzie było mi wstyd za tych, z którymi jeździłem. Ktoś zaczął nam zwracać uwagę i zamiast spokojnie porozmawiać albo odpuścić i pójść, zaczynały się dyskusje i niemiłe teksty. Ja wolę zachować klasę i odpuścić, jak widzę, że po rozmowie ktoś nie rozumie mojego punktu widzenia. A jeśli dialog wydaje się niemożliwy, wolę pójść pośmigać gdzieś indziej.

Ale pewnie dzieciaki trochę inaczej podchodzą obecnie do deski. Kiedyś nie było pewnie tylu sponsorów a tym samym presji, żeby ich zdobywać i szybko się wykazać…

W czasach, kiedy zaczynałem, nieliczne osoby znane w całej Polsce współpracowały z firmami produkującymi deski, buty czy odzież. Dla przeciętnego skatera, który jeździł dla przyjemności, to było nieosiągalne, więc nikt o tym nie myślał. Jednak sytuacja szybko zaczęła się zmieniać, zwłaszcza w latach 2005-2006, kiedy powstawało coraz więcej firm skate’owych. Zaczęły inwestować w młodych zawodników, co napędzało rozwój kultury. Sam zdobyłem swojego pierwszego sponsora po trzech latach jeżdżenia. Dostawałem ubrania w wieku 16 lat, co wtedy było spełnieniem marzeń. Zgarnianie ciuchów za darmo za jeżdżenie na desce było dla mnie motywacją, żeby jeszcze więcej dawać z siebie i nie odpuszczać. Ale bycie sponsorowanym nigdy nie było moim priorytetem, interesowały mnie nowe triki i ich dobre wykonanie.

Marcin Pawuniak i Galaxy Z Flip5 (fot. Szymon Golendzinowski)

Myślałeś już wtedy, żeby nagrywać swoje triki?

Nagrywaliśmy swoje początki, ale nie było to nic więcej niż pamiątka. Po trzech latach jazdy, jak już bardziej wkręciłem się w ekipę skejtów jeżdżących w centrum i Blue City, poznałem Michała Długołeckiego aka „Długiego”, który kręcił kamerą swój film deskorolkowy o nazwie „Film Długiego”. To był pierwszy raz, kiedy miałem z czymś takim do czynienia. Jeździliśmy po Warszawie i nagrywaliśmy w różnych miejscach. Wybrałem się też na deskę w dużej ekipie do czeskiej Pragi, żeby zwiedzać i nagrywać, co było niesamowitym przeżyciem pod wieloma względami. Przez lata było więcej wyjazdów i projektów, takich jak „Ulice Warszawy 2” Kuby Perzyny i „3SVIDEO” Michała Rajewskiego. Obecnie mam wrażenie, że młodsze pokolenie ma mniejszą zajawkę na kręcenie filmów, powstaje więcej montaży i klipów na Instagram kręconych telefonem, na szybko, bez przykładania się do montażu, a projekty trwające więcej niż 10-15 minut nagrywane kamerą to już rzadkość. Wszystko działa na zasadzie: jak najszybciej wrzucić i jak najszybciej zobaczyć reakcję. Co dla mnie jest sprzeczne z duchem deskorolki, który moim zdaniem opiera się na stylu, przykładaniu się do tego co wypuszczasz i estetyce wykonania triku i całokształtu. Z drugiej strony moje podejście jest może kwestią nostalgii i tego, na czym się wychowałem. Świat ciągle idzie do przodu i rzeczy się zmieniają.

Marcin Pawuniak i Galaxy Z Flip5 (fot. Szymon Golendzinowski)

Nagrywaliście rolkę z twojej jazdy smartfonem Samsung Galaxy Z Flip5. Jak się sprawdził w takiej roli?

Pod względem jakości i płynności nagrania sprawdził się świetnie. Fajne jest też to, że jest rozkładany, więc nie potrzebujesz dodatkowej podpórki jeśli chcesz sobie sam nagrać trick. Kładziesz go w odpowiednim miejscu, gdzie wszystko będzie dobrze widoczne, nagrywasz, składasz i gotowe. To duże ułatwienie, jeśli chcesz coś nagrać, będąc samemu na desce.

A co trzeba zrobić, żeby utrzymać swoją zajawkę przez tyle lat, co ty?

Przede wszystkim musisz to szczerze kochać i dbać o siebie. Nie zawsze zdrowie pozwala ludziom na wieloletnią jazdę, ale bez ciężkich kontuzji, w znaczącym stopniu mamy na to wpływ. Poświęciłem się deskorolce, otrzymałem od niej więcej niż sobie kiedykolwiek wyobrażałem, poznałem niesamowitych ludzi i wiele się o sobie nauczyłem. Nie wyobrażam sobie by przestać. Będę jeździć, dopóki mam na to zdrowie. Deskorolka daje mi poczucie wolności i oderwania od rzeczywistości.

Marcin Pawuniak i Galaxy Z Flip5 (fot. Szymon Golendzinowski)

Jeśli wy też podążacie za swoją zajawką i chcecie ją dobrze uwiecznić na fotach i nagraniach, sięgnijcie po smartfon Samsung Galaxy Z Flip5. Może w jednej chwili zamienić się z normalnej wielkości telefonu o dużym ekranie w kompaktowego malucha idealnie pasującego do kieszeni. Dzięki drugiemu ekranowi ekspresowo odpiszecie na wiadomości i sprawdzicie, kto się do was odezwał. Do tego napędza do superszybki procesor Qualcomm Snapdragon 8 gen 2, a bateria o pojemności 3700 mAh sprawi, że możecie z niego intensywnie korzystać przez cały dzień. Do dyspozycji macie dwa aparaty 12 Mpix, jeden z obiektywem standardowym, drugi z obiektywem ultrawide, a do tego aparat przedni 10 Mpix. Wszystkie nagrania z wyjątkowych dla was momentów będą dzięki temu perfekcyjne i profesjonalne. I co najważniejsze: będziecie mogli zrobić je samodzielnie.

Marcin Pawuniak i Galaxy Z Flip5 (fot. Szymon Golendzinowski)

Materiał reklamowy na zlecenie marki Samsung.

„Poświęciłem się deskorolce, otrzymałem od niej więcej niż sobie kiedykolwiek wyobrażałem, poznałem niesamowitych ludzi i wiele się o sobie nauczyłem” – powiedział nam Marcin, który na desce jeździ już dwie dekady. Zobacz także Co obejrzeć po „Reniferku”? Te seriale powinny wam się spodobać Początki polskiego rapu: pierwsze kasety, dissy i nadejście Scyzoryka WROsound 2024. Zagrają […]

Obserwuj nas na instagramie:

Sprawdź także

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →