Recenzja Siedmiu wspaniałych: Koszmar Donalda Trumpa


23 września 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Powiedzmy sobie jasno już na wstępie: remake klasyka Johna Sturgesa nie dorównuje poprzednikowi. Ale też nie ma takich ambicji. To zupełnie inna kategoria wagowa. Pop-western na nowe czasy.

Film Sturgesa sam był oczywiście remakiem – arcydzieła Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy. Amerykańska wersja doczekała się także trzech sequeli, serialu oraz licznych wariacji pod postacią m.in. włoskiej przygodówki sandałowej (Siedmiu wspaniałych gladiatorów), science fiction (Bitwa poza gwiazdami), kazachskiego easternu (Dziki wschód), animacji Pixara (Dawno temu w trawie), parodii (Trzej Amigos), brytyjskiej komedii futbolowej (Jedenastu wspaniałych), a niedawno – Nienawistnej ósemki Tarantino i Ridiculous 6 z Sandlerem. Mamy więc do czynienia z toposem równie żywotnym co Hamlet czy Królewna Śnieżka i jeśli ktoś reaguje histerią na wieść o kolejnej adaptacji, to po prostu nie rozumie popkultury.

W nowej wersji nie ma tak wspaniałej ekspozycji, jak w filmie Sturgesa, akcja pędzi na złamanie karku, trup ściele się gęsto już od prologu. Równie fantastyczna jest za to chemia między aktorami i charyzma tego Pierwszego z Siedmiu – Denzel Washington godnie zastępuje Yula Brynnera. To trzecie spotkanie Washingtona z reżyserem Antoine’em Fuquą – po oscarowym Dniu próby i Bez litości. I podobnie jak Robert McCall z Bez litości, Sam Chisolm z Siedmiu wspaniałych staje w obronie słabszych, tyle że motywowany nie altruizmem, a osobistą zemstą.

Ten aspekt zresztą odróżnia także film Fuquy od filmu Sturgesa, czyniąc wymowę bardziej problematyczną, bardziej pesymistyczną. I – co tu kryć – bardziej przystającą do dzisiejszych nastrojów społecznych. „Pragnę sprawiedliwości” – mówi do Chisolma zleceniodawczyni, młoda wdowa (Haley Bennett) – „ale zadowolę się zemstą”.

Film nie eksploruje jednak zanadto kwestii moralnych, poświęcając jednostkowe dramaty na rzecz widowiska. Najciekawszą innowacją w stosunku do pierwowzoru pozostaje multikulturowość bohaterów tudzież obsady, bo wypada nadmienić, że o ile u Sturgesa skład herosów zasilał Meksykanin, to grany przez przystojnego Niemca potraktowanego samoopalaczem, Horsta Buchholza.

Wspaniali AD 2016 wpisują się natomiast wzorcowo w równościową filozofię Hollywood ery Obamy. Chwilowo wręcz nie można się oprzeć wrażeniu, że głównym imperatywem dla powstania filmu była, pardon my french, chęć wkurwienia Donalda Trumpa.

O wolność białych osadników walczą tu więc ramię w ramię Afroamerykanin, Meksykanin (Manuel Garcia-Rulfo), Azjata (Byung-hun Lee) i Indianin (Martin Sensmeier). Stawkę domykają trzy blade twarze (Chris Pratt, Ethan Hawke, Vincent D’Onofrio). Taki pakt ponad podziałami może się zdawać nieco bajkowy, ale po pierwsze – film w istocie jest bajką, fantazją na temat mitu, i wcale tego nie ukrywa; po drugie – Dziki Zachód znał przypadki przyjaźni międzyrasowych, szczególnie w szajkach wyjętych spod prawa, będących z natury rzeczy zbieraniną osób rozmaitej proweniencji i autoramentu.

Wspaniali AD 2016 wpisują się natomiast wzorcowo w równościową filozofię Hollywood ery Obamy. Chwilowo wręcz nie można się oprzeć wrażeniu, że głównym imperatywem dla powstania filmu była, pardon my french, chęć wkurwienia Donalda Trumpa.

Szkoda tylko, że przy tak skrajnym zróżnicowaniu zabrakło miejsca na pogłębienie charakterów postaci – cała siódemka to w zasadzie chodzące etniczności, o których nie dowiadujemy się nic ponad to, że ten świetnie strzela, tamten bezbłędnie rzuca nożem, a jeszcze inny jest doskonałym szulerem.

Najwięcej czasu ekranowego poza Washingtonem dostaje Chris Pratt, który gra tego samego zawadiackiego śmieszka co zwykle – niedawno był Star-Lordem w Parku Jurajskim, teraz jest Star-Lordem w siodle. Nie da się go, rzecz jasna, nie lubić, niemniej aktorsko dużo ciekawiej wypada mniej eksponowany D’Onofrio jako ekscentryczny człowiek gór zaiwaniający falsetem, co tworzy piorunujący dysonans z jego niedźwiedzią posturą. Perełka.

Jakkolwiek zatem film poza woltą multi-kulti nie oferuje nic nowego w sferze fabularnej, tak od strony technicznej potrafi zaimponować. Finałowa strzelanina trwa bite pół godziny, a mimo to przez cały ten czas patrzy się na popisy kaskaderskie bez znużenia, bez częstego w podobnych przypadkach poczucia przesady. Wyraźnie procentuje tu doświadczenie reżysera w kinie akcji.

Najlepsza i tak jest jednak cała ikonografia – zdjęcia Mauro Fiore celebrujące bezkresne przestrzenie, kadry z jeźdźcami na tle horyzontu, zbliżenia na nieskalane głębszą myślą twarze kowbojów, zamaszyście maczystowskie pozy i gesty, muzyka Jamesa Hornera udanie reinterpretująca kultową ścieżkę Elmera Bernsteina. Słowem, sporo frajdy dla fanów gatunku, nawet jeśli to bardziej „Siedmiu całkiem-dobrych” niż „…wspaniałych”.

siedmiu wspaniałych

Sprawdź także:
100 seriali wszech czasów według Rolling Stone

Powiedzmy sobie jasno już na wstępie: remake klasyka Johna Sturgesa nie dorównuje poprzednikowi. Ale też nie ma takich ambicji. To zupełnie inna kategoria wagowa. Pop-western na nowe czasy. Film Sturgesa sam był oczywiście remakiem – arcydzieła Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy. Amerykańska wersja doczekała się także trzech sequeli, serialu oraz licznych wariacji pod postacią m.in. włoskiej […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: