Rekiny wojny: Coś więcej niż Kac Vegas w Iraku [recenzja]


22 sierpnia 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Nowy bromance Todda Phillipsa potwierdza tezę, że to życie pisze najlepsze scenariusze.

Film bazuje na artykule Rolling Stone’a o dwóch kolesiach rodem z Boskiego chilloutu, którzy wykiwali Pentagon. David Packouz (Miles Teller z Whiplasha) był masażystą i akwizytorem bez perspektyw, za to z ciężarną dziewczyną u boku, kiedy los ponownie zetknął go z kumplem z dzieciństwa, obwieszonym złotem szpanerem Efraimem Diverolim (Jonah Hill). Okazało się, że ten drobny cwaniaczek, nie wychodząc z biura na Florydzie mieszczącego się w jednym pokoju, zaopatruje w broń amerykańską armię stacjonującą na Bliskim Wschodzie. „Wszyscy walczą o ten sam kawałek tortu, ignorując okruchy”, wyjaśnia Efraim Davidowi na wejściu. W sytuacji gdy ekwipunek jednego żołnierza kosztuje 17 tysięcy dolarów, i na okruchach można bowiem zbić fortunę.

Te szczegóły stanowią skądinąd siłę filmu, dużo mądrzejszego i treściwszego, niż sugerują trailery. Phillips odsłania przed nami fascynujące kulisy powiązań biznesowo-politycznych, rzadko wywlekanych na światło dzienne. Trudno w to uwierzyć, ale administracja Busha i Cheneya naprawdę prowadziła otwartą stronę internetową z przetargami na uposażenie wojska, w których teoretycznie mógł wziąć udział każdy.

Co więcej, preferowano nawet małe firmy, coby przekonać opinię publiczną, że nie wszystko trafia w ręce zaprzyjaźnionych z rządem koncernów. Te wciąż, oczywiście, obstawiały kontrakty na czołgi czy działa pancerne, ale okruchy o których wspominał Efraim, jak podręczne karabiny i naboje, pozostawały w zasięgu mikroprzedsiębiorców. Bywało zaś i tak, jak w przypadku bohaterów filmu, że po kilku udanych transakcjach płotki ewoluowały w rekiny i zyskiwały większe zlecenia, liczone już nie w tysiącach, a milionach dolarów. Już nie okruchy, a tort. Co mówi o całym systemie fakt, że w pewnym momencie amerykańską armię dozbrajało dwóch upalonych dwudziestolatków?

Rekiny wojny

Młode wilki z Miami Beach

Phillips wchodzi Rekinami wojny na grunt satyry politycznej z podobnym animuszem, jak niedawno Adam McKay w Big Shorcie. Wypada przy tym korzystniej, bo o ile twórca Anchormana robił formalną woltę, kopiując patenty montażowe i inscenizacyjne od Davida O. Russella (American Hustle), o tyle Phillips nie rezygnuje z własnego stylu, wypracowanego w Road Trip i trylogii Kac Vegas. Jest w Rekinach… – rozgrywanych w zawrotnym tempie w różnorodnych sceneriach, od Miami Beach przez Irak po Albanię – i duch, i wizualny sznyt tamtych komedii. Nie ma natomiast nastawienia na zerwanie przepony u widza – niewymuszony czarny humor wynika głównie nie z piętrzenia absurdalnych sytuacji, tylko z konfrontacji młodych wilków ze światem ekstremalnej przemocy.

Jednocześnie film budzi uzasadnione skojarzenia z innym „wilkiem” – tym z Wall Street od Scorsesego: zbliżona tematyka, podobna paleta kolorów, narracja głównego bohatera z offu, no i naturalnie Jonah Hill w roli amoralnego krętacza. Tam Hill kradł show DiCaprio, tu również jest kapitalny jako śliski typek, kierujący się w życiu kodeksem podpatrzonym u Tony’ego Montany ze Scarface’a. Ponadto z Tellerem, bardzo przekonującym w skórze poczciwego naiwniaka, tworzy nie mniej udany duet na zasadzie przyciągających się przeciwieństw, niż z Michaelem Cerą w Supersamcu.

Rekiny wojny

Świetnie sprawdza się też soundtrack wypełniony po brzegi ponadczasowymi przebojami. Wyjątkowo modny w tym sezonie „Fortunate Son” Creedence Clearwater Revival (patrz: Legion samobójców), „Jump Around” House of Pain, „So What’cha Want” Beastie Boys, „Red Red Wine” UB40, „Wish You Were Here” Floydów, „What Is Love” Haddawaya i wiele innych – robią za sympatyczne tło, ale i przeważnie dowcipnie komentują przebieg akcji.

W ostatecznym rozrachunku film nie odkrywa Ameryki: wojna to wielki biznes i prawdziwe pole do popisu dla padlinożerców pozbawionych kręgosłupa moralnego. Twórcy jednak szczęśliwie powstrzymują się od taniego dydaktyzmu i w finale nie stawiają kropki nad i. Nie mają przy tym przesadnych ambicji – nic ponad dwie godziny solidnej, niegłupiej, bezbłędnie obsadzonej rozrywki. Ale to i tak dużo więcej niż zwykliśmy oczekiwać od Hollywoodu w okresie wakacji.

Sprawdź także:
5 powodów, dla których nowy Ben-Hur to strata czasu

Nowy bromance Todda Phillipsa potwierdza tezę, że to życie pisze najlepsze scenariusze. Film bazuje na artykule Rolling Stone’a o dwóch kolesiach rodem z Boskiego chilloutu, którzy wykiwali Pentagon. David Packouz (Miles Teller z Whiplasha) był masażystą i akwizytorem bez perspektyw, za to z ciężarną dziewczyną u boku, kiedy los ponownie zetknął go z kumplem z dzieciństwa, […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: