Destrukcja: Nieogolona klata jako symbol anarchii [recenzja filmu]


02 września 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Jeśli chcielibyście wiedzieć, jak wyglądałby American Psycho w wersji Nicholasa Sparksa - to właśnie Destrukcja.

Kanadyjski reżyser Jean-Marc Vallée jest w Hollywood kimś w rodzaju etatowego pocieszyciela. Bierze najtrudniejsze tematy, jak AIDS (Witaj w klubie) czy depresja (Dzika droga), i umieszcza je w konwencji pop-psychologicznego moralitetu. Zarówno dla bohaterów, jak i dla widza, dramatyczne zdarzenie z pierwszych scen stanowi punkt wyjścia dla późniejszego katharsis. Kino mamy opuścić wstrząśnięci, ale niezmieszani w poczuciu, że ten świat jednak nie jest taki zły. Nie inaczej wygląda to w przypadku Destrukcji.

Kolejny raz okazuje się, że poświęcenie życia kobiety to dla filmowców relatywnie niska cena, jaką musi zapłacić biały samiec alfa, by móc przewartościować sobie priorytety i stać się lepszym człowiekiem.

destrukcja recenzja

Na początku filmu Jake Gyllenhaal znów zostaje zatem wdowcem. Na domiar złego nie jest przy tym prostolinijnym bokserem, jak w Do utraty sił, lecz antypatycznym japiszonem z Wall Street, któremu kibicować trudno. Tym trudniej, że bardziej niż śmiercią żony, przejmuje się awarią szpitalnego automatu, który nie chce mu wydać M&M-sów. Biedaczysko jeszcze na stypie pisze więc list do firmy odpowiedzialnej za wadliwy sprzęt. Nie zażalenie, tylko właśnie list, w którym kompulsywnie zwierza się z nieszczęścia, jakie go spotkało. A potem jeszcze jeden list, w którym zdradza, że tak naprawdę nigdy nie kochał żony. I jeszcze jeden. I kolejny.

Nietypową korespondencję bardzo bierze sobie do serca pracownica biura obsługi klienta, prywatnie miłośniczka marihuany i samotna matka (Naomi Watts). Tak, zgada się – tu już wchodzimy na grunt magicznych romansów Sparksa.

destrukcja recenzja

Wszystko jest metaforą

W międzyczasie emocjonalnie martwy bohater wpada w obsesję rozbierania na czynniki pierwsze wszystkiego, co tylko mu się nawinie. Meble, komputery, lodówka, armatura łazienkowa – wszystko. Następnie przechodzi do równie irracjonalnych zachowań przy udziale osób trzecich – tańczy na ulicy, bez powodu zatrzymuje pociąg hamulcem bezpieczeństwa, sabotuje ważne spotkanie biznesowe. Taka metafora, rozumiecie? Na pewno rozumiecie, ale na wszelki wypadek bohater jeszcze osobiście wyjaśni wam z offu, że „wszystko stało się metaforą”.

Twórcy Destrukcji sprawiają wrażenie, jakby urodzili się wczoraj i nie mieli bladego pojęcia, że kinematografia doczekała się już niejednego filmu o stracie, pustce i zgubnym konsumpcjonizmie. W efekcie mają do zaoferowania niewiele ponad zlepek motywów z American Beauty, American Psycho, Fight Clubu, Zwyczajnych ludzi, Pokoju syna, Dziewczyny z Jersey et cetera.

To „niewiele” to głównie poboczny wątek syna bohaterki Watts, zbuntowanego nastolatka o rozchwianej tożsamości genderowej (bardzo autentyczny Judah Lewis) – tu przypomina się Vallée z czasów C.R.A.Z.Y., swojego najlepszego filmu, zrealizowanego jeszcze w rodzinnym Quebecu

Jest też w Destrukcji kilka natchnionych scen, które mogłyby znaleźć właściwe rozwinięcie, gdyby film częściej dryfował w stronę czarnej komedii, a rzadziej traktował siebie tak śmiertelnie serio. To zresztą zasadniczy problem tutaj, większy nawet niż fabularna wtórność – postaci niemal bez przerwy robią wielkie gesty i rozmawiają ze sobą wyłącznie WIELKIMI LITERAMI. Nawet coś tak błahego, jak zaprzestanie rytuału golenia klatki piersiowej pod prysznicem, zostaje zaakcentowane jako forma anarchistycznego sprzeciwu wobec dotychczasowego modelu egzystencji.

W rezultacie film z powagą godną lepszej sprawy obnosi się z wdziękiem i intelektualną siłą buldożera, którym bohater w jednej ze scen niszczy swój luksusowy apartament. I tylko charyzmie Gyllenhaala zawdzięczamy, że ten żałosny spektakl daje się w ogóle oglądać.

Sprawdź także:
Chimeryczni lokatorzy. 10 filmowych mieszkań i lokatorów z piekła rodem

Jeśli chcielibyście wiedzieć, jak wyglądałby American Psycho w wersji Nicholasa Sparksa – to właśnie Destrukcja. Kanadyjski reżyser Jean-Marc Vallée jest w Hollywood kimś w rodzaju etatowego pocieszyciela. Bierze najtrudniejsze tematy, jak AIDS (Witaj w klubie) czy depresja (Dzika droga), i umieszcza je w konwencji pop-psychologicznego moralitetu. Zarówno dla bohaterów, jak i dla widza, dramatyczne zdarzenie […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: