5 powodów, dla których nowy Ben-Hur to strata czasu


20 sierpnia 2016

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Na ekrany wchodzi właśnie remake Ben-Hura w reżyserii Timura Biekmambietowa. Jak wypada w zestawieniu z klasykiem kina sandałowego z 1959 roku?

Nagrodzone jedenastoma Oscarami widowisko Williama Wylera z popisową rolą Charltona Hestona samo było remakiem – niemego filmu z roku 1925. Jeszcze wcześniej, bo w 1907, powstała adaptacja krótkometrażowa, później zaś powieść religijno-historyczną Lewisa Wallace’a przenoszono na ekran także w formie serialu i animacji, w której Heston powrócił do roli żydowskiego księcia w dubbingu. Odpowiedź na pytanie, czy świat potrzebował kolejnego Ben-Hura, zdaje się zatem oczywista…

Popkultura co prawda od zarania żywi się rebootami, coverami i mashupami, które same w sobie nie są złe – pod warunkiem, że wnoszą cokolwiek od siebie, oferują nową wizję merytoryczną bądź choćby techniczną. Niestety, nie jest to przypadek superprodukcji Biekmambietowa, która mimo budżetu rzędu 100 milionów dolarów wypada jak blady cień filmu Wylera. Oto dlaczego:

 

1. Because it’s 2016

Wyścig rydwanów z Ben Hura z 1959 roku to jedno z największych osiągnięć kaskaderskich w całej historii kina. Blisko sześć dekad po premierze wciąż robi wrażenie. Wyścig z nowej wersji, choć oczywiście zrealizowany z rozmachem, nie ma już tego emocjonalnego impaktu – i to nie tylko dlatego, że CGI nie ma czaru analogu.

fdac9b0a_ben-hur1959hds-00100418

Ben-Hur z 1956: Epickość bez śladu CGI

Biekmambietow inscenizuje rajd rydwanów bez polotu, bardziej efekciarsko niż efektownie, podobnie jak kręcił pościgi samochodowe w Wanted czy galopady w Abrahamie Lincolnie: Łowcy wampirów. Dużo cięć, masa zbliżeń, slow motion. Nie ogląda się tego źle, ale mamy rok 2016, jesteśmy po siedmiu częściach Szybkich i wściekłych, szesnaście lat od Gladiatora, siedem od Avatara – naprawdę ciężko nas olśnić sceną akcji. I tak jest w zasadzie z całym filmem – dziś już nie wystarczy sam sztafaż biblijnego eposu, żeby widz poczuł z ekranu powiew epickości. Nie udało się samemu Ridleyowi Scottowi w niedawnym Exodusie: Bogach i królach, więc w sumie czemu miało się udać kazachskiemu wyrobnikowi od rozwałek.

bh-11457r3_63111bdd3d

Ben-Hur z 2016: Ziew

2. Huston, mamy problem!

Jack Huston, wnuk wybitnego reżysera John Hustona, nie jest złym aktorem, co udowodnił m.in. rolą w Zakazanym imperium. Tam jednak jego bohater miał zdeformowaną twarz, co samo w sobie oddziaływało sugestywnie na widza. Z kolei w Ben-Hurze, gdzie przez większość czasu paraduje z idealnie przystrzyżonym zarostem i w lnianych koszulach, wygląda bardziej jak metroseksualny model z reklam H&M, niż zdeterminowany twardziel, któremu mordercza praca na galerach niestraszna. Nie ma Huston za grosz charyzmy Hestona i nawet trudno go za to winić – tutaj wyraźnie osoby odpowiedzialne za casting nie odrobiły zadania.

004-charlton-heston-theredlistben-hur-lead-xlarge_trans++Imq0gSBkzcH_-jHFXstKOOPHi_e1tpOIk75CAYQiDp0

Heston vs Huston – 1:0

Nieco lepiej wypada Toby Kebbell, od niedawna etatowy czarny charakter Hollywoodu (Koba w Ewolucji planety małp, Dr Doom w Fantastycznej czwórce), w roli zdradzieckiego Messali, choć już w interpretacji Stephena Boyda w 1959 roku była to postać jednowymiarowa i nic się pod tym względem nie zmieniło.

 

3. Because it’s 2016 vol. 2

Ciężko w to uwierzyć, ale nowy Ben-Hur jest bardziej zachowawczy niż wersja z 1959 roku. Juda i Messala nie są już kumplami z dzieciństwa, lecz adoptowanymi braćmi i nie ma między nimi homoerotycznego napięcia, jakie przed laty Wyler i scenarzysta Gore Vidal przemycili do postaci w tajemnicy przed konserwatywnym Hestonem. Dużo większą rolę odgrywa także Jezus, który u Wylera nie miał żadnej linijki tekstu i nie pokazywał twarzy. Tu przeciwnie – nierzadko widzimy cieślę o przystojnym obliczu Brazylijczyka Rodrigo Santoro, który przed wejściem na plan uzyskał ponoć błogosławieństwo samego papieża Franciszka.

pope-francis-blessing

Bądź dobrym Jezusem, mój synu

Wiceprezes Paramountu, Rob Moore, bez ogródek przyznaje, że poszerzona rola Chrystusa to odpowiedź na oczekiwania chrześcijańskiej widowni, która przed dwoma laty mocno zawiodła się na Noem: Wybranym przez Boga Darrena Aronofsky’ego, jako że film nie trzymał się wiernie litery Biblii. Nowy Ben-Hur trzyma się jej zatem niemal kurczowo – seksowny Jezus nic tylko hebluje, roztacza boską aurę i rzuca bon motami w rodzaju „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Wartości artystyczne niczym na katechezie w podstawówce – pięknie!

 

4. Morgan Freeman znów mędrkuje

W filmie Wylera rolę cwaniackiego szejka Ilderima, sponsora Judy Ben-Hura, odgrywał z wigorem walijski aktor Hugh Griffith, w konsekwencji nagrodzony Oscarem dla najlepszego aktora drugiego planu. W interpretacji Morgana Freemana gdzieś się ulotnił humorystyczny aspekt postaci Ilderima. Freeman gra po prostu Freemana, tajemniczego mędrca z patentem na wszystko, tu dodatkowo w kuriozalnych dredach, przydających tylko bohaterowi niezamierzonej śmieszności. A jako że Ilderim-Freeman wiedzę ma niezmierzoną (jest tutaj także narratorem), już nie tylko sponsoruje, ale i trenuje Hebrajczyka – np. z powagą godną lepszej sprawy poucza go, jak prowadzić rydwan na jednym kole. Szybcy i wściekli: Jerozolima Drift? Czemu nie.

Morgan-Freeman-Bruce-Almighty-I-am-God

 

5. Radiowy pop w starożytnej Judei

W 1959 roku węgierski kompozytor Miklós Rózsa przestudiował dawną muzykę grecką i rzymską, po czym stworzył spektakularną, charakterną ścieżkę dźwiękową, za którą odebrał trzeciego w karierze Oscara. Autor ścieżki 2016, Marco Beltrami, spec od mainstreamowego kina grozy (Krzyk, remaki Omena i Carrie, ostatnio 183 metry strachu i serial Lucyfer), nagrał bardziej muzykę tła, która miewa swoje momenty, ale zasadniczo niespecjalnie angażuje.

Na soundtracku, zgodnie z obowiązującą tendencją, znalazło się także kilkanaście piosenek popowych, głównie od muzyków chrześcijańskich, jak Chris August czy Francesca Battistelli. Większość jest totalnie bezpłciowa, choć np. ballada The Only Way Out Andry Day lecąca na napisach końcowych to ładna rzecz. Generalnie jednak koncept marketingowy à la „Legion samobójców po bożemu” mocno „rozwadnia” charakter Ben-Hura.


 

Sprawdź także:
Co to za koty! Dziewięć przykładów kreatywnego mrrau

Na ekrany wchodzi właśnie remake Ben-Hura w reżyserii Timura Biekmambietowa. Jak wypada w zestawieniu z klasykiem kina sandałowego z 1959 roku? Nagrodzone jedenastoma Oscarami widowisko Williama Wylera z popisową rolą Charltona Hestona samo było remakiem – niemego filmu z roku 1925. Jeszcze wcześniej, bo w 1907, powstała adaptacja krótkometrażowa, później zaś powieść religijno-historyczną Lewisa Wallace’a […]

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: