Trzy na trzy – za co chwalimy, za co ganimy Fryderyk Festiwal


13 marca 2019

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Nowa nazwa, formuła, lokalizacja - tegorocznemu rozdaniu nagród Fryderyki towarzyszyło sporo niewiadomych, które w opinii organizatorów, miały zwiastować dalekosiężne zmiany. Jak było faktycznie? Zapraszamy na nasze podsumowanie.

Zmiany, miały za zadanie tchnąć we Fryderyki świeże powietrze, a jednocześnie – w końcu – zmienić optykę patrzenia na te nagrody.

Umówmy się – od co najmniej kilkunastu lat zarówno sama gala, jak i jej rozstrzygnięcia, budziły kontrowersje, a w najlepszym przypadku konsternację. Tym razem miało być inaczej.

Odstawmy na bok kwestie nominacji w poszczególnych kategoriach i ich zwycięzców, bo w tej materii chyba jasne jest to, iż nie zmieniło się jeszcze dużo, lecz nowi organizatorzy nie mają na to wielkiego wpływu.

Dominacja Dawida Podsiadło jest w pełni usprawiedliwiona i zasłużona, lecz już np. wyróżnienie w kategorii Debiut Roku zespołu, który, ot co, zasłynął coverowaniem światowych przebojów na ludową modłę – kompletnie niezrozumiałe i krzywdzące wobec artystów tworzących coś unikatowego i własnego (owszem, formacja Tulia, bo o niej mowa, posiada kompozycje swojego autorstwa, lecz nie zmienia to faktu, iż format jej twórczości jest do bólu wtórny i nic nie zapowiada, by Tulia w przyszłości go zmieniła).


Zapewne na plus należy uznać zmianę konwencji. Zamiast sztywnej gali mieliśmy do czynienia z połączeniem festiwalu i konferencji, choć oba określenia użyte są tu na wyrost.

Owszem, wydarzenie trwało dwa dni, artyści prezentowali się na dwóch scenach, a w międzyczasie trwały panele dyskusyjne, lecz nie zapominajmy – Fryderyk Festiwal to przede wszystkim impreza transmitowana na żywo w telewizji i to standardy tego formatu musiała spełnić w pierwszej kolejności.

Czy spełniła? Na dobrą sprawę tak, choć nie uchroniła się przed potknięciami, które nie zawsze wynikały z winy czy niedopatrzenia organizatorów.


Jako uczestnik w roli obserwatora, ale i osoby mającej pewien udział w programie wydarzenia, postanowiłem poddać je ocenie – możliwie obiektywnej i rzetelnej, choć zdawkowej, bo trudno opiniować coś, co właśnie jest w trakcie ewolucji (choć chciałoby się napisać “rewolucji”, lecz do tego potrzebne byłyby o wiele większe zmiany, zwłaszcza w zakresie drogi wyboru nominacji i zwycięzców).

Stąd pomysły na małe “trzy na trzy”, czyli trzy superlatywy pod adresem Fryderyk Festiwal i trzy przytyki, w przypadku których nie jestem odosobniony.

Superlatywy:

#1 Miejsce

Przenosiny z Warszawy do Katowic to bezwzględnie najbardziej pozytywna zmiana jeśli chodzi o nową formułę wydarzenia.

Kompleks Międzynarodowego Centrum Kongresowego spełnił swoje zadanie idealnie w zakresie pomieszczenia gości, zapewnienia odpowiedniej logistyki i wygody uczestnictwa oraz – przede wszystkim – sprawdził się jako arena koncertów.

Potężna scena, wielkie ekrany i niezłe nagłośnienie to składowe organizacyjnego sukcesu w zakresie doboru miejsca imprezy.

 

#2 Dzień drugi/część festiwalowa

Drugi dzień Fryderyk Festiwal rządził się swoimi prawami, zgoła innymi od dnia pierwszego – już bez obecności telewizyjnych kamer, transmisji na żywo i towarzyszącego jej zamieszania czy wydzielonej strefy, gdzie zasiadali nominowani i nie tylko.

Poruszanie się po katowickim MCK było zdecydowanie swobodniejsze, a co za tym idzie przyjemniejsze, podobnie jako samo uczestnictwo w koncertach.

Nieźle funkcjonował układ dwóch scen – koncerty nie nakładały się w aż takim stopniu, by nie można było zobaczyć każdego z nich choćby przez kilkanaście minut.

 

#3 Wyjście z kaftanu sztywnej gali

To chyba największy sukces organizatorów, bo choć nadal można dyskutować o tym na ile Fryderyki oddają/nie oddają* (* – niepotrzebne skreślić) tego, co istotnie dzieje się na krajowej scenie, to nie można odmówić sobie wrażenia, iż najnowsza edycja to w końcu odejście od zatęchłego formatu gali dla wybrańców, niedostępnej dla pozostałych.

W wydarzeniu mógł uczestniczyć każdy, a tym samym każdy zobaczyć jak wygląda hybryda konferencji i festiwalu transmitowanych na żywo w telewizji.

To naprawdę duże osiągnięcie i za to należy się szczególne uznanie.

Rozczarowania:

#1 Gala – kwestie merytoryczne

Wyróżnienie w kategorii Płyta Roku Hip-Hop aż trzech tytułów wzbudziło zdecydowanie najwięcej konsternacji, choć bardziej niż rezultaty, rozczarowuje potraktowanie tego i innych gatunków w zakresie transmisji telewizyjnej. Mowa tu o wręczeniu nagród w nieemitowanej na żywo części gali.

Obecnie największa gałąź rynku muzycznego w Polsce została potraktowana małostkowo, a zarówno triumfatorzy, jak i wpisujący się w nurt twórcy mogli poczuć się jak przedstawiciele gorszej kategorii muzyki. Kategorii, w której sami zwycięzcy sprzedali w 2018 roku więcej płyt niż pozostali nominowani we wszystkich kategoriach razem wzięci (z wyłączeniem Dawida Podsiadło).

 

#2 Gala – kwestie techniczne

Jak to w przypadku wydarzeń transmitowanych na żywo można było spodziewać się niejednej obsuwy, lecz w niektórych przypadkach wydłużające się przerwy w pracach na scenie, znacząco wpływały na przebieg widowiska, zwłaszcza na jego dynamikę.

Najwięcej nerwów pojawiło się przed wieńczącym galę koncertem Artura Rojka. Niestety nie ratowali tego prowadzący, którym albo nie pozwalano się wykazać (Rafał Pacześ, Gabi Drzewiecka), albo pozwalano zdecydowanie za bardzo. Mowa tu oczywiście o…

 

#3 Magda Mołek

… która właśnie w chwilach, gdy techniczni mierzyli się z trudnościami na scenie, powinna wznieść się na wyżyny konferansjerskich umiejętności i zapanować nad wkradającym się wśród publiczności napięciem. Niestety kiepskie przygotowanie, które najbardziej dało o sobie znać w momencie, gdy prezenterka sypnęła paroma drętwymi anegdotami na temat historii statuetki Fryderyka czy podjęła żenującą próbę rozluźnienia atmosfery tańcem z Krzysztofem Zalewskim, jedynie potęgowało chęć, by wszystko to dobiegło już końca.

Miejsce Magdy Mołek powinna zająć osoba, której zdecydowanie bliżej do świata muzyki, jak choćby mający w tym zakresie doświadczenie dziennikarskie Marcin Prokop. Co więcej, dla współprowadzącego (choć to zdecydowanie zbyt duże słowo) Rafała Paczesia pani Mołek nie stanowiła ani godnego uzupełnienia, ani interesującego kontrastu. No chyba, że mowa o ubiorze.

Fotografie: Damian Kramski, Radosław Kaźmierczak, S. Wolny (www.fryderykfestiwal.pl)

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: