Mōrk: „Uwielbiamy, gdy dzieje się coś nieprzewidzianego”

Tomasz Szewczyk
15 maja 2018

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Podczas Spring Break 2018 do Polski przyjechali artyści z Rosji, Wielkiej Brytanii, Słowenii, Austrii czy Węgier. My postanowiliśmy zwrócić uwagę na przedstawicieli ostatniej nacji. Zapraszamy na wywiad z Mōrk - soulowo-funkową ekipą z kraju nad Dunajem.

Poznański Spring Break, największy festiwal showcase’owy, nie stoi wielkimi nazwiskami. Co prawda w programie imprezy pojawiają się headlinerzy niezmiennie okupujący listy przebojów, ale to debiutujące, nieznane jeszcze szerszej publiczności projekty mają tu swoje pięć minut. Mork

Początkujące zespoły mają tylko (a może aż?) pół godziny na to, żeby przekonać do siebie wymagających i spragnionych nowego widzów. Konkurencja jest duża, a stawka jeszcze większa – wykonawców obserwują dziennikarze, właściciele wytwórni płytowych czy przedstawiciele komercyjnych imprez.

Miniona edycja Spring Breaka obfitowała w wiele muzycznych niespodzianek nie tylko z krajowego poletka. Festiwalowe dzieło agencji Go Ahead zyskało europejską rangę, a w jego line-upie pojawiło się niemało zagranicznych zespołów. Do Polski przyjechali artyści z Rosji, Wielkiej Brytanii, Słowenii, Austrii czy Węgier. My postanowiliśmy zwrócić uwagę na przedstawicieli ostatniej nacji. To właśnie naszym przysłowiowym bratankom poświęcony był piątek w klubokawiarni Meskalina, który odbywał się pod szyldem Hungarian Oncoming Tunes.

Trzej wykonawcy pokazali się z jak najlepszej strony. Apey kameralnym, ale wyrazistym setem pokazał, że doświadczenie zdobyte w heavy-metalowych zespołach można wykorzystać przy pisaniu klimatycznych, songwriterskich utworów.

Antonia Vai udowodniła, że jest jedną z najciekawszych artystek w tej części Europy. Jej występ – trochę teatralny, trochę nastrojowy – wyeksponował jej nieprzeciętne możliwości wokalne. Album Ritual, gatunkowo plasujący się gdzieś między R&B a art-popem, na żywo zabrzmiał nadzwyczaj świeżo.

Mōrk z kolei przekonał nas do siebie swoim niecodziennym zestawieniem jazzu, soulu i charakternego rocka. Soulowo-funkowa ekipa zaszczepiła w poznaniakach ducha undergroundowej improwizacji. W rozmowie z tą ostatnią formacją wypytaliśmy się o ich wrażenia dotyczące koncertowania w Polsce i koncertowania samego w sobie.

Właśnie zagraliście na Spring Breaku. Jak Wam się podobało?

Było znakomicie i… całkiem intensywnie. Myślę, że dobrze trafiliśmy z setlistą. Dość trudno jest grać tylko przez pół godziny, bo prezentujemy zróżnicowaną muzykę, a chcielibyśmy pokazać wszystko, co umiemy. Chyba udało nam się znaleźć równowagę między spokojniejszymi a tymi bardziej funkowymi brzmieniami.

Często gracie na showcase’ach?

Całkiem często. Byliśmy niedawno na estońskim Tallin Music Weeku, a najdalej w Nowym Jorku. To ciekawa forma koncertowania, w której wiele zależy od publiczności. Tu było znakomicie, bo widownia nas wspierała. Czasami jednak jest tak, że gramy przed ludźmi, którzy nas słuchają, ale właściwie nie wiedzą, co o tym sądzić.

A co najbardziej lubicie w koncertowaniu – czy to podczas showcase’ów, czy podczas klasycznych występów?

Spontaniczność. Bazujemy na improwizacji, którą uwielbiamy – choćby kiedy dzieje się coś nieprzewidzianego, oderwanego od rutyny. Dziś na przykład Daniel, nasz perkusista, miał na swoim automacie perkusyjnym sampel węgierskiego flecika i niespodziewanie użył go na końcu piosenki. Wyszło całkiem dobrze i zgrało się z melodią.

To jaka była najbardziej niespodziewana rzecz, która stała się podczas Waszego koncertu?

Kiedyś byliśmy przygotowani do występu i pięć minut przed wejściem na scenę stwierdziliśmy, że powinniśmy całkowicie improwizować, zapominając o wcześniej ułożonej setliście. No i zobaczyć, co stanie się dalej. Wyszło okropnie (śmiech), ale to nie był klasyczny koncert, raczej coś w rodzaju performance’u, jakiegoś stand-upu. Jeśli będziesz w kółko mówić to samo to publiczności, można umrzeć z nudów. Ta spontaniczność to też wyraz pewnego skupienia i dbania o fanów. Trzeba sprawić, żeby piosenka napisana kilka lat temu zabrzmiała dobrze tu i teraz.

Przejdźmy do rzeczy, której niektórzy artystów nie lubią – klasyfikacji według gatunku muzycznego. Jak to oceniacie? Zgadzacie się co do szufladki, do której jesteście przypisywani?

Nie unikniemy szufladkowania i porównywania do innych projektów. Tak to działa – dorastasz, słuchając starszych wykonawców i koniec końców, czerpiesz z nich inspirację i grasz podobną muzykę.

Myślę jednak, że akurat nas trudno klasyfikować – nasza twórczość jest bardzo zróżnicowana, zresztą tak samo jak nasze inspiracje. Czasami czytamy o skojarzeniach z innymi zespołami, które dla nas są na drugim biegunie. Równie często słyszymy, że powinniśmy coś zmienić – mniej funku, mniej rocka. Nie przywiązujemy się jednak do tego, bo stale ewoluujemy.

Z ciekawości – jaką najdziwniejszą rzecz przeczytaliście o swojej muzyce?

Staramy się o niej zapomnieć (śmiech). Nie jesteśmy w stanie tego dokładnie przywołać, ale to było coś mocno powierzchownego. To nie zostało przelane na papier, ale usłyszeliśmy, że całkowicie zabiliśmy funk i powinniśmy tego zaprzestać. Swoją drogą, to dość popularna w tej części Europy opinia, że funk lata świetności ma za sobą. A innym razem – i to już było najgorsze – jeden z organizatorów regionalnego festiwalu stwierdził: Prędzej zatonąłbym w wannie pełnej benzyny i się podpalił niż zaprosił Mōrk na scenę. Ale właściwie potraktowaliśmy to jako komplement – bo z drugiej strony, to ciekawe, że nasza twórczość potrafi wzbudzić takie emocje (śmiech).

I na koniec klasyczne pytanie – jakie są Wasze plany na najbliższe miesiące? Koncertować więcej czy zaszyć się w studiu?

Wielkimi krokami zbliża się premiera naszego nowego albumu, do którego właśnie nagraliśmy pięć utworów. Będzie składał się z dwóch części: The Death of Mōrk i The Resurrection of Mōrk. Gramy też sporo koncertów latem, w październiku wracamy do Nowego Jorku. No i cały czas będziemy się uczyć – jak występować, promować naszą muzykę i sprawiać, żeby wszystko kręciło się lepiej.

Istnieje jakaś uniwersalna recepta na to?

Raczej nie. Ale warto znaleźć swoją własną drogę – uniwersalna recepta byłaby zbyt prosta. Trzeba pamiętać o pewnych uwarunkowaniach i okolicznościach, choćby geograficznych – na Zachodzie pewnie jest łatwiej. Ale dobrze, że są takie inicjatywy jak HOTS czy Spring Break, które ułatwiają nam granie i osiąganie wyznaczonych celów.

rozmawiał: Stanisław Bryś

Podziel się newsem:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: