Rok, w którym umarł hip hop. Pożegnanie z A Tribe Called Quest

Agata Tomaszewska
03 stycznia 2017

Podziel się:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Wiosna 2014, w Powiększeniu trwa ostatnia impreza - po pięciu latach najprężniejszy warszawski klub z muzyką alternatywną kończy działalność. Na schodach i przy barze mijam znajome twarze – widma minionych imprez, koncertów, randek, poranków i potłuczonego szkła.

W ogródku pachnie ziołem i melancholią, przygaszone powitania, świadome tego, że są pożegnaniem. Uciekam do środka – i wtedy ich słyszę i wiem, że jestem uratowana. Relax yourself girl, please set-tle down… aksamitna mantra głaszcze mnie po uszach, znikają demony przeszłości, niczego mi już nie brak. Chwilę później kawałek ląduje na wallu. Już drugi raz w tym miesiącu - zauważa jeden z moich followersów. Nic dziwnego, przecież to moja ulubiona piosenka A Tribe Called Questów.

 

Electric Relaxation

Wiosna 1998, mam 13 lat, chodzę do 6. klasy szkoły podstawowej, moje ulubione przedmioty to plastyka, WF, muzyka i właśnie z pilnością wzorowej uczennicy zabieram się za studiowanie świata hip hopu. Słucham "W 63 Minuty Dookoła Świata" i "Skandalu", spisuję teksty ze słuchu w zeszycie, wkrótce znam je całe na pamięć. Uczę się pilnie. Z audycji Druha Sławka i Volt Gra Tytus Nawija na Radiostacji zgrywam całe kasety kawałków zza oceanu.

Szybko odkrywam, że od westcoastowej gangsteriady wolę przyjemne, jazzowe sample ze Wschodniego Wybrzeża. Dobrze się składa, bo tam właśnie przebywa mój tata. Proszę go o "Endtroducing" na Gwiazdkę (proszę go też o Three 6 Mafię, ale po przesłuchaniu się nie zgadza). Tymczasem w sąsiedniej dzielnicy, ekipa A Tribe Called Quest nagrywa swój piąty album - przyjęty chłodno przez krytyków, przez fanów uznany za najgorszy w ich karierze ("choć i tak lepszy od większości hip hopu"). Niestety na kolejny fani Tribe'ów będą musieli poczekać 18 lat.

 

Award Tour

Dobiegający trzydziestki Q-Tip, Phife i Shaheed największe sukcesy mają już za sobą - głośny debiut nagrali niemal dekadę wcześniej, kolejne dwa albumy nie tylko przyniosły im sukces o zasięgu wykraczającym daleko poza grono tradycyjnych słuchaczy, ale też stworzyły podwaliny nowego gatunku - alternatywnego, świadomego rapu, opartego na wyrafinowanych samplach - i to zapewniło im stabilne miejsce w podręcznikach o historii hip hopu. Ale kolejne dwa wydawnictwa to już spadek formy - wręcz wyczuwa się brak chemii między członkami zespołu.

A przecież chemia w ATCQ była wszystkim. To dzięki niej powstał jeden z najdziwniejszych, a zarazem najbardziej dopasowanych rap-duetów w historii. Tip - świadomy swojego geniuszu przystojniak o aksamitnym głosie i Phife - niepozorny kurdupel, który kompletny brak właściwości nadrabiał pyskatym poczuciem humoru, razem byli jak dwugłowy smok - spójni, wzajemnie uzupełniający się, rytmicznie doskonali. Na ich legendarnych wymianach rymów wychowywały się kolejne pokolenia młodych adeptów sztuki rapowej.

 

Check the Rhime

Fenomen A Tribe Called Quest polegał na tym, że dokonali niemożliwego - stworzyli wyrafinowany rap. Po pierwsze - absolutna, obsesyjna maestria samplingu. Tylko najpiękniejsze, dopieszczone motywy, sample dobrane z niesamowitą muzyczną dojrzałością niosły kawałki tak mocno, że odbioru nie psuły niekiedy bardzo proste w przekazie teksty małolatów. Nadal był to rap uliczny i chłopacki, nadal tematami przewodnimi były dupeczki i imprezy, ale zamiast gangów, strzelanin i gróźb karalnych pojawiały się elementy tzw. "normalności", z którymi szerokie masy mogły się utożsamić: szkoła, mama gotująca obiad w kuchni, brak kasy, trudna sztuka namawiania dziewcząt do seksu.

 

Find a Way

Znaczenie? Bez pionierskiej twórczości Q-Tipa i ekipy nie ma nie tylko Busta Rhymesa, ale też DJ Shadowa, Outkastów, Pharrella ani Kanyego. Bez ATCQ nie ma "Skandalu" - czyli w skrócie nie ma polskiego rapu. Alt-rap zmienił zasady gry, otworzył rap na świat i nową publiczność, przeniósł nacisk na aspekt produkcyjny, a z czasem - i z wiekiem swoich twórców - dojrzał również do debaty na dorosłe tematy.

Wiosna 2016, świat rapu obiega druzgocząca wieść o śmierci Phife Dawga. Raper od wielu lat cierpiał na cukrzycę, do czego zresztą się oficjalnie przyznawał. Był świadomy, że choroba w połączeniu z raperskim trybem życia to nie jest przepis na długie życie. Zmarł przed premierą ostatniego albumu ATCQ, który okazał się również jego albumem pożegnalnym. Na szczęście pozostawił bo sobie najważniejsze - swoją muzykę oraz tytuł "We Got It From Here... Thank You 4 Your Service".

 

Dis Generation

To jedyny album, którego premiery byłam świadkiem na żywo - było to duże przeżycie. Zwłaszcza, gdy okazało się, że jest to album surowy, autentyczny i bliski trzem klasycznym albumom ATCQ. Jednocześnie muzyka jest mroczniejsza, a tematy - poważne. Chłopaki - w końcu już 45-latkowie - dojrzeli do tematyki polityczno-społecznej, piętnują rasizm i klasizm, hejtują korporacje, Q-tip nawet przestrzega przed Trumpem i wyraża jasne poparcie dla Hilary.

Ale najbardziej poruszająca jest aura ostateczności, która unosi się nad całym albumem - partie Phife’a są jak rozmowa z duchami; z jednej strony jego flow jest tak świeży jak w 1990, a z drugiej - naszą świadomość rozdziera fakt, że koleszka nie dożył premiery. Dlatego choć są na płycie lepsze kawałki (zwłaszcza pierwsze pięć, by nie szukać daleko), to najważniejszym pozostanie The Donald" - pożegnalny hołd oddany Phife’owi (tytuł to nawiązanie do jego ksywy Don Juice) przez członków składu oraz przyjaciela rodziny, Busta Rhymesa.

Mimo, że niepozorny Malik Isaak Taylor zawsze tkwił trochę w cieniu wielkiego Tipa, to ostatecznie okazał się najważniejszym ogniwem zespołu - tym, który sprawił, że chemia zadziałała w Tribe’ach  po raz ostatni.

 

Enough!!

Podziel się:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: