9 tysięcy osób nie może się mylić. Polish Hip-Hop TV Festival jest naprawdę mega [relacja]

Krzysztof Nowak
09 sierpnia 2016

Podziel się:

Polub Rytmy.pl na Facebooku:

Polish Hip-Hop TV Festival zauroczył mnie atmosferą, line-upem i organizacją.

Każdy nadwiślański słuchacz rymów i bitów wie swoje – w lecie warto, a nawet trzeba wybrać się na Hip Hop Kempa. W końcu czeski Hradec jest przesiąknięty klimatem rapowego święta odbywającego się pod chmurką. Dorobił się własnego slangu, kultowych drinków (ot, choćby Božkov z colą) i charakterystycznego jedzenia z langoszem na czele. Jego marka, pomimo paru nieodłącznych niedogodności, o których wiedzą wszyscy bywalcy, jest piekielnie mocna. A polskie festiwale? To ubodzy bracia. Liczeni w tuzinach, więc i zjadający okruszki. Podobni do siebie kropla w kroplę, z takimi samymi line-upami, z tymi samymi słabymi i mocnym punktami.

I wtedy wchodzi Polish Hip-Hop TV Festival, cały na biało. Nie ma obecnie w kraju wydarzenia, które mogłoby się z nim równać, a wiele wskazuje na to, że dystans – i to w każdej materii – będzie się tylko powiększać.

Polish Hip Hop TV Festival

fot. Sebastian Adamkiewicz

Włodarze imprezy w Płocku wiedzą, co robią

"To najfajniejszy fest w kraju, co roku przyjeżdżamy tu na dłużej". Wbrew pozorom tego zdania nie wypowiedział do mnie żaden z kumpli, lecz jeden z artystów, który wystąpił na tegorocznej edycji PHHF. Dużo łatwiej mu przytaknąć, gdy zna się, że tak powiem, okoliczności przyrody towarzyszące naszej rozmowie.

Staliśmy na zapleczu głównej sceny, na której akurat grał jeden z headlinerów. Obok nas znajdowało się kilkadziesiąt osób, poczynając od wszelkich managerów i organizatorów, przez dziennikarzy i aktywistów, na samych twórcach i VIP-ach kończąc. Kiedy my tak sobie gawędziliśmy, oni siedzieli przy stolikach, paląc papierosy i racząc się darmowymi potrawami z grilla oraz wolnym od kosztów piwem w atmosferze chilloutu.

Polish Hip Hop TV Festival

fot. Sebastian Adamkiewicz

Z boku może być to odbierane jako pierdoły, ale po przejechaniu tysięcy kilometrów jako akredytowany pisak na festiwalach krajowych i zagranicznych, muszę sprostować: to powinna być właśnie normalność. Nie chodzi o to, że ja i mnie podobni marzymy, by jak najwięcej w siebie wcisnąć i skuć się do nieprzytomności. Po prostu nasze zawody wymagają od nas dyspozycyjności i często nie pozwalają w spokoju znaleźć sobie wcześniej cichej knajpki i wrzucić czegoś na ząb, ani też odpocząć w miłym miejscu. Dobrze, że płoccy włodarze o tym wiedzą i robią wszystko, by nie tylko nie komplikować, ale wręcz ułatwić wszystkim ładowanie baterii przed kolejnymi gigami.

Polish Hip Hop TV Festival

fot. Sebastian Adamkiewicz

Bez mielizn i dinozaurów

Skoro już jesteśmy przy koncertach, pochwalmy od razu skład osobowy. Widać w nim zamysł – najmocniejsi polscy raperzy plus młodsze postacie coraz silniej zaznaczające swoją obecność na rynku. Powiecie: przecież każdy fest tak ma. Błąd; każdy chciałby mieć, ale potem sam ładuje się na mieliznę, dobrodusznie przygarniając przebrzmiałych dinozaurów i gości, którzy jadą na nudnych do wyrzygania piankach z wersami o prawdziwości, bo a nuż sprzeda się więcej biletów.

 

Tu tak nie ma. Sprowadzenie grupy Onyx, Snowgoonsów i powracającego do grania Pezeta to – w stosunku do reszty wydarzeń – wybuch armaty, oddany z pozycji siły. Można oczywiście pomstować na to, że nie wszyscy artyści zaprezentowali najwyższy poziom, że Otsochodzi zagrał dwadzieścia minut wcześniej, niż planowano, czy że niektóre koncerty zostały, brzydko mówiąc, urwane, ale takie spektakle jak ten Dwóch Sławów, którzy krzyczeli, że to najlepszy w Polsce festiwal, pozostaną w pamięci na długi czas. Nie będzie zresztą na wyrost stwierdzenie, że przez dwa dni, od jakiejś 18 do samiutkiego zamknięcia, można było nie oddalać się spod sceny.

Takie spektakle, jak ten Dwóch Sławów, którzy krzyczeli, że to najlepszy w Polsce festiwal, pozostaną w pamięci na długi czas.

Polish Hip Hop TV Festival

fot. Sebastian Adamkiewicz

No, chyba że po to, by spróbować specjałów z któregoś z kilkunastu food trucków zgromadzonych tuż obok centralnego miejsca PHHF i odsapnąć. Na znajdującej się za nimi skarpie miejsca było pod dostatkiem, naprzeciwko, na piaszczystej plaży, również. Za potrzebą – do jednego z wielu toi toiów, rzadko tak czystych jak tu. Za dbałość o takie detale należy się medal, podobnie jak za lokalizację. Wisła każe chwycić za aparat i fotografować, co się da, a samo miasto, niespieszne i nietłoczne, zachęca do odwiedzenia pobliskiej Zbrojowni, Browaru Tumskiego czy Wieży Ciśnień, skąd rozciąga się cudna panorama. Jeśli mógłbym sobie czegoś życzyć na przyszłą edycję, to chyba tylko tego, by zadbano o choćby skrócone programy festiwalowe w formie ulotkowo-książeczkowej.

Widzimy się za rok, drogi Płocku.

 

Sprawdź także:
Uciekinierzy z Mad Maxa, czyli zostałam w Krakowie na ŚDM – fotorelacja

Podziel się:

Polub Rytmy.pl na Facebooku: